„Nie możesz mieć dzieci, dopóki nie odchowamy wnuków!” – Moja walka o własne życie w cieniu ojcowskiej kontroli
– Nie rozumiesz, Marto? – głos ojca odbijał się echem od ścian naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie. – Teraz najważniejsze są dzieci twojej siostry. Ty musisz poczekać.
Stałam w kuchni, ściskając kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba i… rozczarowania. Mama stała przy zlewie, udając, że myje naczynia, ale widziałam, jak drżą jej ramiona. Zosia, moja starsza siostra, siedziała przy stole i patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i winy.
– Tato, ale to moje życie! – wyrzuciłam z siebie, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Mam już trzydzieści lat! Chcę mieć dziecko, chcę mieć rodzinę!
Ojciec spojrzał na mnie surowo. Jego twarz była kamienna, jakby każde słowo wykuwał młotem. – Najpierw musimy pomóc Zosi. Jej mąż wyjechał za granicę, ona sama nie da rady z dwójką dzieci. Ty jesteś młodsza, masz czas. Rodzina jest najważniejsza.
Zosia spuściła wzrok. Wiedziałam, że nie chciała tej sytuacji. Ale ojciec zawsze decydował za wszystkich. Kiedyś wybierał mi szkołę, potem studia. Nawet chłopaków oceniał według własnych kryteriów: „Za cichy”, „Za biedny”, „Nie pasuje do naszej rodziny”.
Wyszłam z kuchni, trzaskając drzwiami. W moim pokoju usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko. Michał, mój narzeczony, czekał na mnie już od godziny pod blokiem. Pisał: „Jak rozmowa?” Nie miałam siły odpisać.
Wieczorem mama przyszła do mnie cicho, jakby bała się, że ojciec usłyszy jej kroki.
– Martuś… – usiadła obok mnie i pogłaskała po włosach. – Twój tata… On się boi. Boi się, że Zosia sobie nie poradzi, że rodzina się rozpadnie.
– A ja? – przerwałam jej ostro. – Ja też jestem rodziną! Dlaczego moje życie jest mniej ważne?
Mama westchnęła ciężko. – On nie umie inaczej. Tak go wychowano…
Przez kolejne tygodnie żyłam jak w zawieszeniu. Pomagałam Zosi z dziećmi – odbierałam je z przedszkola, robiłam zakupy, gotowałam obiady. Michał coraz częściej pytał: „Ile jeszcze?” Nie umiałam odpowiedzieć.
W pracy byłam rozkojarzona. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:
– Marto, co się dzieje? Zawsze byłaś sumienna…
Zawahałam się, ale powiedziałam prawdę. O ojcu, o Zosi, o moich niespełnionych marzeniach.
– Musisz postawić granicę – powiedziała stanowczo. – Inaczej nigdy nie będziesz szczęśliwa.
Wieczorami Michał próbował mnie pocieszać:
– Kochanie… Może wyjedziemy? Zacznijmy wszystko od nowa? Bez nich?
Ale ja nie umiałam zostawić mamy i Zosi. Czułam się rozdarta na pół.
Pewnego dnia Zosia przyszła do mnie zapłakana.
– Marta… Przepraszam cię za wszystko. Wiem, że przez nas nie możesz żyć po swojemu…
Objęłyśmy się i płakałyśmy razem. Wtedy podjęłam decyzję.
Wieczorem zebrałam całą rodzinę w salonie.
– Mam coś do powiedzenia – zaczęłam drżącym głosem. Ojciec spojrzał na mnie z niechęcią.
– Od przyszłego miesiąca wyprowadzam się do Michała. Chcemy mieć dziecko i nikt nam tego nie zabroni. Pomagałam wam tyle lat, ale teraz muszę pomóc sobie.
Ojciec zacisnął usta.
– Egoistka – syknął.
– Nie! – przerwała mu mama niespodziewanie stanowczym tonem. – Marta ma prawo do swojego życia! My też kiedyś byliśmy młodzi!
Zosia podeszła do mnie i uścisnęła mocno.
Ojciec wyszedł bez słowa z pokoju.
Przez kilka dni panowała cisza. Czułam ulgę i strach jednocześnie. Czy naprawdę mogę być szczęśliwa bez aprobaty ojca?
Wyprowadziłam się do Michała. Pierwszy raz od lat czułam się wolna. Zosia radziła sobie coraz lepiej, mama zaczęła częściej dzwonić i pytać o moje sprawy.
Ojciec milczał przez miesiące. Dopiero gdy urodziła się nasza córeczka Lena, przyszedł z kwiatami i łzami w oczach.
– Przepraszam… – wyszeptał. – Bałem się cię stracić.
Objęliśmy się długo i mocno.
Czasem patrzę na Lenę i zastanawiam się: ile kobiet w Polsce żyje w cieniu cudzych decyzji? Czy naprawdę musimy wybierać między lojalnością wobec rodziny a własnym szczęściem?