Po tym, jak moja synowa mnie upokorzyła, nie chcę jej więcej widzieć w swoim domu. Czy to ja jestem winna?
– Naprawdę uważa pani, że to jest normalne? – usłyszałam jej głos, zimny jak lód, kiedy stawiałam na stole talerz z moją domową szarlotką. Stała w kuchni, oparta o blat, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jej spojrzenie mówiło wszystko: pogarda, zniecierpliwienie, brak szacunku.
To był zwykły niedzielny obiad. Zaprosiłam syna, Michała, i jego żonę, Agnieszkę. Chciałam, żeby poczuli się u mnie jak w domu – jak zawsze. Od rana gotowałam rosół, piekłam ciasto, nakrywałam do stołu białym obrusem, który jeszcze pamiętał czasy mojej mamy. Chciałam, żeby było rodzinnie, ciepło. Ale już od progu czułam, że coś jest nie tak.
Agnieszka weszła bez słowa powitania. Michał rzucił mi szybkie „cześć, mamo”, po czym od razu poszedł do pokoju sprawdzić coś w telefonie. Zostawiła kurtkę na krześle w przedpokoju – nie na wieszaku, jak zawsze prosiłam. Przymknęłam na to oko. Może miała zły dzień? Może się spieszyli?
Przy stole próbowałam zagaić rozmowę:
– Agnieszko, jak tam w pracy? Słyszałam, że awansowałaś?
Wzruszyła ramionami.
– Tak, ale to nic wielkiego. Przynajmniej nie muszę już siedzieć z tymi idiotami na open space.
Zamarłam. Michał spojrzał na nią z lekkim uśmiechem – jakby była zabawna. Ja poczułam się nieswojo. Zawsze uczyłam dzieci szacunku do innych ludzi. Nie rozumiałam tej pogardy.
Obiad przebiegł w napięciu. Agnieszka wyciągnęła telefon i zaczęła przeglądać Instagram podczas jedzenia. Michał jej nie upomniał. Kiedy poprosiłam ją, żeby odłożyła telefon i porozmawiała z nami, spojrzała na mnie z irytacją:
– Przepraszam, ale mam prawo do chwili dla siebie.
Zrobiło mi się przykro. Przecież chciałam tylko spędzić czas z rodziną. Czułam się coraz bardziej zbędna we własnym domu.
Po obiedzie zaproponowałam kawę i ciasto. Agnieszka westchnęła:
– Nie jem takich rzeczy, są za tłuste.
Poczułam się upokorzona. Przecież wiedziałam, że lubi szarlotkę! Sama kiedyś prosiła mnie o przepis! Michał milczał. W końcu nie wytrzymałam:
– Agnieszko, czy coś się stało? Mam wrażenie, że jesteś na mnie zła.
Spojrzała mi prosto w oczy:
– Nie jestem zła. Po prostu nie lubię udawać. Nie musimy się kochać tylko dlatego, że pani jest matką mojego męża.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Michał spuścił wzrok. Przez chwilę panowała cisza tak gęsta, że słychać było tylko tykanie zegara.
– Michał… – zaczęłam cicho.
– Mamo, daj spokój – przerwał mi syn. – Agnieszka ma prawo do swojego zdania.
Nie pamiętam już reszty popołudnia. Czułam się jak intruz we własnym domu. Po ich wyjściu usiadłam przy stole i płakałam długo – pierwszy raz od śmierci mojego męża.
Od tamtej pory nie mogę spać spokojnie. W głowie wciąż słyszę te słowa: „Nie musimy się kochać”. Czy naprawdę tak trudno okazać choć odrobinę szacunku? Czy ja zrobiłam coś złego? Przecież zawsze starałam się być dobrą teściową – nie wtrącałam się w ich życie, pomagałam finansowo, opiekowałam się wnuczką, kiedy tylko prosili.
Kilka dni później zadzwonił Michał:
– Mamo, Agnieszka uważa, że powinnaś przeprosić za swoje zachowanie.
Zaniemówiłam.
– Ja? Za co?
– Za to, że próbowałaś ją pouczać i robić z niej kogoś innego niż jest.
Czułam narastającą złość i bezradność.
– Michał… Ja tylko chciałam…
– Wiem, mamo – przerwał mi chłodno. – Ale musisz zaakceptować, że Agnieszka jest inna niż ty.
Odłożyłam słuchawkę i długo patrzyłam przez okno na szare niebo nad Warszawą. Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, o wspólnych świętach i niedzielnych obiadach pełnych śmiechu i rozmów. Teraz zostałam sama z pustym stołem i pytaniem: gdzie popełniłam błąd?
Przez kolejne tygodnie unikałam kontaktu z synem i synową. Czułam się zdradzona przez własne dziecko. Zaczęły pojawiać się plotki w rodzinie – siostra zadzwoniła zapytać, co się stało, bo „Agnieszka mówiła coś o twojej toksyczności”.
Toksyczność… To słowo bolało najbardziej. Czy naprawdę jestem toksyczna? Czy to źle chcieć bliskości z rodziną? Czy powinnam była milczeć i pozwolić im traktować mnie jak powietrze?
W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam do Michała wiadomość:
„Synku, kocham cię bardzo. Zawsze będziesz moim dzieckiem. Ale nie mogę pozwolić nikomu – nawet twojej żonie – żeby mnie upokarzał we własnym domu.”
Nie odpisał przez kilka dni. W końcu przyszła krótka odpowiedź:
„Rozumiem twoje uczucia. Daj nam trochę czasu.”
Czekam do dziś na ten czas. Każda niedziela boli coraz bardziej. Każdy pusty talerz przypomina mi o tym jednym popołudniu, które zmieniło wszystko.
Czy naprawdę rodzina musi ranić najmocniej? Czy to ja jestem winna temu wszystkiemu? A może powinnam nauczyć się żyć bez nich i przestać walczyć o coś, co już dawno przestało istnieć?