Dzień, w którym zawiozłam mamę do domu opieki: Jej spojrzenie śni mi się po nocach

– Mamo, proszę, nie rób mi tego – wyszeptałam, patrząc na jej zaciśnięte usta i oczy, w których odbijał się strach. Siedziała na brzegu łóżka, ubrana w sweter, który sama wydziergała jeszcze przed chorobą. W pokoju pachniało jej ulubioną lawendą, a ja czułam, jakby ten zapach miał mnie udusić.

– To nie ja ci coś robię, tylko ty mnie – odpowiedziała cicho, głosem, który zawsze potrafił mnie zranić. – Zawsze byłaś taka samodzielna. Zawsze musiałaś mieć ostatnie słowo.

Zacisnęłam dłonie na kierownicy samochodu, kiedy jechaliśmy przez Warszawę. Mama patrzyła przez okno, milcząca, z twarzą zwróconą ku szaremu niebu. W radiu leciała piosenka Anny Jantar, której słuchałyśmy razem, kiedy byłam mała. Teraz każda nuta wbijała się we mnie jak szpilka.

Nie chciałam tego dnia. Przez lata walczyłam z myślą, że kiedyś będę musiała podjąć tę decyzję. Mama była coraz słabsza po udarze, coraz częściej zapominała o rzeczach, czasem nie poznawała mnie rano. Ale kiedy była przytomna, jej cięty język i dumne spojrzenie przypominały mi dzieciństwo – te wieczne kłótnie o wszystko: o szkołę, o chłopaków, o to, że nie chcę zostać w domu na święta.

– Zawsze musisz mieć rację – powtarzała. – Ja tylko chcę twojego dobra.

A ja chciałam tylko być wolna. Chciałam żyć po swojemu. Ale teraz to ja byłam dorosła i to ja musiałam podjąć decyzję.

Kiedy weszłyśmy do domu opieki na Bielanach, poczułam się jak zdrajczyni. Pani Zofia z recepcji uśmiechnęła się do nas ciepło, ale mama nawet na nią nie spojrzała. – To tu? – zapytała szorstko.

– Tak, mamo. Tu będą się tobą opiekować. Będziesz miała lekarza na miejscu, rehabilitację…

– Nie chcę tu być – przerwała mi. – Chcę do domu.

Zacisnęłam zęby. Próbowałam tłumaczyć sobie, że robię to dla niej. Że nie dam rady pogodzić pracy w szkole z opieką nad nią. Że sama jestem już zmęczona, że nie śpię po nocach, bo boję się, że znowu upadnie w łazience i nie będę w stanie jej podnieść.

Ale jej spojrzenie…

W pokoju było czysto i jasno. Na stoliku stał wazon z tulipanami. Mama usiadła na łóżku i przez chwilę patrzyła w okno.

– Pamiętasz, jak jeździłyśmy do babci na wieś? – zapytała nagle.

Zaskoczyło mnie to pytanie. – Tak…

– Tam zawsze pachniało chlebem i słońcem. A tu pachnie śmiercią.

Zrobiło mi się niedobrze. Chciałam coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.

– Mamo…

– Idź już – powiedziała twardo. – Masz swoje życie.

Wyszłam na korytarz i usiadłam na zimnej ławce. Przez chwilę słyszałam jeszcze jej głos za drzwiami: „Nie zostawiaj mnie tu…”.

Wróciłam do pustego mieszkania na Ursynowie i przez całą noc patrzyłam w sufit. W głowie miałam tylko jej oczy – pełne żalu i wyrzutu.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka Halina:

– Jak mogłaś to zrobić? Przecież ona zawsze była dla ciebie wszystkim!

– Nie rozumiesz… Ja już nie dawałam rady…

– Każdy ma ciężko! Ale matki się nie oddaje!

Rozłączyłam się i rozpłakałam jak dziecko.

Przez kolejne tygodnie odwiedzałam mamę co sobotę. Za każdym razem była coraz bardziej zamknięta w sobie. Czasem udawała, że śpi, czasem patrzyła na mnie bez słowa. Pielęgniarki mówiły, że jest spokojna, ale ja widziałam ten cień w jej oczach.

Któregoś dnia przyniosłam jej zdjęcia z dzieciństwa.

– Pamiętasz to? – spytałam pokazując zdjęcie z wakacji nad Bałtykiem.

Spojrzała na mnie długo:

– Pamiętam wszystko. I nigdy ci tego nie zapomnę.

Zamarłam. Wiedziałam, że mówi o czymś więcej niż o zdjęciach.

W pracy byłam cieniem samej siebie. Uczniowie pytali: „Pani Aniu, wszystko w porządku?”. Dyrektorka zaproponowała mi urlop zdrowotny.

W końcu przyszedł ten telefon: „Pani Anno, mama dziś rano zasłabła…”

Biegłam przez pół miasta jak szalona. Kiedy dotarłam do domu opieki, było już za późno. Leżała spokojna, jakby spała. Na stoliku stał niedokończony list do mnie:

„Aniu,
Nie wiem, czy kiedykolwiek ci wybaczę. Ale wiem jedno – kocham cię zawsze.”

Upadłam na kolana przy jej łóżku i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez.

Dziś mijają dwa lata od tamtego dnia. Jej spojrzenie śni mi się po nocach. Wciąż pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę zrobiłam wszystko, co mogłam?

A może czasem nie ma dobrych rozwiązań? Może każda decyzja zostawia blizny? Jak wy sobie radzicie z poczuciem winy wobec rodziców?