„Synowa poprosiła, żebym odebrała wnuka z przedszkola”: To, co usłyszałam od nauczycielki, sprawiło, że nogi się pode mną ugięły
– Pani Barbaro, czy może pani na chwilę zostać? – głos pani Marty, wychowawczyni Antosia, zatrzymał mnie w progu szatni. W rękach trzymałam już kurtkę wnuka, a on sam biegał wokół mnie, śmiejąc się i pokazując mi nowy rysunek. Zamarłam. W jej oczach zobaczyłam coś, czego nie umiałam nazwać – troskę, ale i niepokój.
– Oczywiście – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć. Serce zaczęło mi bić szybciej. Przecież wszystko było w porządku… prawda?
Pani Marta zaprowadziła mnie do małego pokoiku obok sali. Antoś został z innymi dziećmi. Usiadłam na krześle, czując, jak moje dłonie drżą.
– Pani Barbaro… – zaczęła cicho nauczycielka. – Czy w domu Antosia wszystko jest w porządku?
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
– Oczywiście… – wydukałam. – Synowa dużo pracuje, mój syn też… Ale kochają Antosia nad życie.
Pani Marta spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
– Dziś Antoś powiedział coś niepokojącego. Że mama często płacze w łazience i że tata krzyczy. Że czasem boi się wracać do domu.
Poczułam, jak nogi uginają się pode mną. Przez głowę przetoczyła mi się lawina myśli. Mój syn? Krzyczy? Przecież zawsze był taki spokojny…
– Może… może przesadza – próbowałam się bronić. – Dzieci czasem wymyślają różne rzeczy.
– Pani Barbaro – przerwała mi łagodnie nauczycielka. – To nie pierwszy raz, kiedy Antoś o tym wspomina. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale… może warto porozmawiać z synem i synową? Dzieci są bardzo wrażliwe na atmosferę w domu.
Wyszłam z przedszkola jak we śnie. Antoś biegł obok mnie, opowiadając o nowej zabawie, ale ja ledwo go słyszałam. W głowie dudniły mi słowa pani Marty: „boi się wracać do domu”.
W domu usiadłam na kanapie i patrzyłam na wnuka bawiącego się klockami. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo – ojca, który wracał z pracy i rzucał butami w kąt, matkę ścierającą łzy ukradkiem. Przysięgłam sobie wtedy, że moje dzieci nigdy nie będą się bały własnego domu.
Wieczorem zadzwoniła synowa.
– Mamo, dziękuję, że odebrałaś Antosia. Zostawię go u ciebie na noc, dobrze? Muszę jeszcze popracować.
W jej głosie wyczułam napięcie.
– Kasiu… czy wszystko u was w porządku? – zapytałam ostrożnie.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Tak… po prostu dużo pracy – odpowiedziała szybko i się rozłączyła.
Nie spałam tej nocy. Słuchałam spokojnego oddechu Antosia i zastanawiałam się, ile razy przymykałam oczy na sygnały, których nie chciałam widzieć. Przypomniałam sobie kłótnie syna i synowej przy świątecznym stole, jej ciche łzy w łazience podczas rodzinnych spotkań, jego coraz częstsze wybuchy złości.
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z synem. Przyszedł po Antosia po pracy. Był zmęczony, rozdrażniony.
– Mamo, co się dzieje? – zapytał niecierpliwie.
– Michał… czy wy z Kasią macie jakieś problemy? – spojrzałam mu prosto w oczy.
Wzruszył ramionami.
– Każdy ma problemy. Praca mnie wykańcza, Kasia ciągle czegoś chce…
– Antoś mówił w przedszkolu, że boisz się wracać do domu – powiedziałam cicho.
Zobaczyłam błysk gniewu w jego oczach.
– Co ona ci nagadała?! – podniósł głos.
– Michał! – przerwałam mu stanowczo. – Nie krzycz na mnie. Chcę tylko pomóc.
Przez chwilę patrzył na mnie z wściekłością, potem spuścił wzrok.
– Nie rozumiesz… Wszystko jest na mojej głowie. Kredyt, rachunki… Kasia tylko narzeka…
Poczułam bezsilność i żal. Czy naprawdę nie widzi, jak bardzo rani swoją rodzinę?
Wieczorem zadzwoniła do mnie Kasia.
– Mamo… przepraszam za wszystko. Nie chciałam cię martwić. Po prostu… czasem mam wrażenie, że już nie daję rady. Michał jest coraz bardziej nerwowy…
Słuchałam jej łamiącego się głosu i czułam narastającą rozpacz.
– Kasiu… jeśli potrzebujesz pomocy… jeśli chcesz gdzieś pójść z Antosiem… zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziałam drżącym głosem.
Po tej rozmowie długo siedziałam przy oknie i patrzyłam na ciemniejące niebo nad blokami. Zrozumiałam, że przez lata udawałam przed sobą samą, że wszystko jest dobrze. Że rodzina mojego syna to szczęśliwy dom. A przecież sama wiedziałam najlepiej, jak łatwo można ukryć łzy i strach za zamkniętymi drzwiami.
Od tamtej pory staram się być bliżej Kasi i Antosia. Częściej ich odwiedzam, zabieram wnuka na spacery, rozmawiam z synową o wszystkim i o niczym. Michał powoli zaczyna rozumieć, że nie musi być sam ze swoimi problemami – choć droga do prawdziwej rozmowy jeszcze przed nami.
Czasem myślę: ile rodzin wokół nas żyje w podobnym milczeniu? Ile dzieci boi się wracać do domu? Czy naprawdę tak trudno poprosić o pomoc?
Może właśnie dziś ktoś z was usłyszy podobne słowa od nauczycielki albo zobaczy łzy bliskiej osoby? Czy wtedy też odwrócicie wzrok?