Oddałam córce mieszkanie, a ona wyrzuciła mnie na bruk. Czy to jest wdzięczność?

— Mamo, proszę cię, nie rób sceny. — Głos Magdy był chłodny, obcy. Stała w progu mojego — nie, już jej — mieszkania, z założonymi rękami i wzrokiem wbitym gdzieś ponad moją głową.

— Magda, przecież to jest mój dom… — wyszeptałam, czując jak łzy palą mnie pod powiekami.

— Był twój. Teraz jest mój. I nie chcę już z tobą mieszkać. Przepraszam, ale tak będzie lepiej dla nas obu — powiedziała i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, zatrzasnęła drzwi.

Zostałam na klatce schodowej z jedną walizką i torebką. Czułam się jak ktoś, kto właśnie stracił grunt pod nogami. Przez chwilę miałam nadzieję, że zaraz otworzy drzwi, powie „żartowałam”, przytuli mnie jak dawniej. Ale cisza za drzwiami była gęsta i nieprzenikniona.

Rok temu… Rok temu byłam pewna, że robię coś dobrego. Magda miała wtedy problemy finansowe po rozwodzie z Pawłem. Wzięła na siebie kredyt na samochód, a jej praca w agencji reklamowej wisiała na włosku. Widziałam jej łzy, słyszałam jej żal do świata i do siebie samej. „Mamo, nie dam rady sama” — mówiła wtedy przez telefon.

Nie zastanawiałam się długo. Przepisałam jej mieszkanie na Ochocie, które dostałam po śmierci moich rodziców. „To dla ciebie i dla wnuczki” — powiedziałam jej wtedy, patrząc jak ściska dokumenty w dłoniach i płacze ze szczęścia.

Przez kilka miesięcy było dobrze. Mieszkałyśmy razem, gotowałyśmy obiady, oglądałyśmy seriale. Mała Zosia tuliła się do mnie wieczorami i mówiła: „Babciu, kocham cię najbardziej na świecie”. Myślałam, że wszystko się ułożyło.

Ale potem Magda zaczęła się zmieniać. Coraz częściej wracała późno do domu, zamykała się w swoim pokoju z laptopem. Przestałyśmy rozmawiać o wszystkim — zaczęłyśmy rozmawiać tylko o tym, co trzeba: rachunki, zakupy, szkoła Zosi. Czułam się coraz bardziej zbędna.

Pewnego wieczoru usłyszałam przez przypadek rozmowę Magdy z kimś przez telefon:

— Nie mogę się jej pozbyć! To jest mój dom, ale ona tu ciągle siedzi… Tak, wiem, że przepisała mi mieszkanie, ale… No właśnie! — Jej głos był rozdrażniony.

Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie strachu.

Kilka dni później Magda poprosiła mnie o rozmowę.

— Mamo, musisz coś zrozumieć. Ja potrzebuję przestrzeni. Chcę zacząć nowe życie. Ty… ty zawsze będziesz moją mamą, ale musisz dać mi odejść.

— Ale gdzie ja pójdę? — zapytałam cicho.

— Masz przecież emeryturę. Możesz wynająć sobie pokój albo wrócić do cioci Hani na wieś…

— To jest mój dom — powtórzyłam bezradnie.

— Już nie — odpowiedziała twardo.

Od tamtej rozmowy czułam się jak intruz we własnym domu. Magda coraz częściej dawała mi do zrozumienia, że jestem przeszkodą. Zosia przestała przychodzić do mnie wieczorami; Magda mówiła jej coś szeptem do ucha i mała tylko spuszczała wzrok.

Aż w końcu przyszedł ten dzień. Dzień, w którym Magda wręczyła mi walizkę i powiedziała: „Musisz się wyprowadzić”.

Nie miałam dokąd pójść. Zadzwoniłam do mojej siostry Hani do Radomia:

— Haniu… mogę przyjechać na kilka dni?

— Oczywiście! Co się stało? — Jej głos był pełen troski.

— Magda… wyrzuciła mnie z domu.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Przyjeżdżaj natychmiast — powiedziała w końcu.

W pociągu do Radomia patrzyłam przez okno na szare pola i zastanawiałam się: gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt uległa? Czy powinnam była bardziej zadbać o siebie? Przecież całe życie poświęciłam dla Magdy: samotnie ją wychowywałam po śmierci męża, pracowałam na dwa etaty, żeby niczego jej nie brakowało…

W Radomiu Hania przyjęła mnie jak własne dziecko. Dała mi herbatę z malinami i pozwoliła wypłakać się w kuchni.

— Wiesz co? — powiedziała po chwili milczenia. — Ty zawsze byłaś dla niej za dobra. A ona to wykorzystała.

Nie chciałam tego słuchać. Przecież to moja córka! Moje dziecko!

Ale im dłużej byłam u Hani, tym bardziej docierało do mnie, że muszę zacząć myśleć o sobie. Znalazłam ogłoszenie o wynajmie pokoju u starszej pani na obrzeżach miasta. Zaczęłam pomagać jej w codziennych sprawach; zaprzyjaźniłyśmy się.

Czasem dzwoniła Zosia:

— Babciu… kiedy wrócisz?

— Nie wiem, kochanie…

Magda nie odezwała się ani razu.

Minęły miesiące. Nauczyłam się żyć bez swojego mieszkania, bez codziennych rozmów z córką i wnuczką. Ale każdego wieczoru pytałam siebie: czy naprawdę bycie matką oznacza rezygnację z siebie? Czy miłość do dziecka może być aż tak ślepa?

Czasem patrzę w lustro i widzę kobietę zmęczoną życiem, ale silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej. I pytam siebie — a może też Was: czy warto poświęcać wszystko dla dzieci? Czy wdzięczność jeszcze istnieje w dzisiejszym świecie?