Miłość matki w cieniu Wisły: Czy kiedykolwiek będę wystarczająca?

– Znowu nie masz obiadu na czas? – głos mojej mamy, Haliny, przeszywa ciszę kuchni niczym ostrze. Stoję przy zlewie, ręce zanurzone w zimnej wodzie, a łzy mieszają się z pianą. Za oknem listopadowy deszcz bębni o parapet, a ja czuję, jakby cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie.

– Mamo, dzieci miały dzisiaj dłużej w szkole, nie zdążyłam… – próbuję się tłumaczyć, ale ona już przewraca oczami.

– Za moich czasów wszystko było inaczej. Gdybyś lepiej gospodarowała pieniędzmi, nie musiałabyś wybierać między obiadem a rachunkami! – rzuca z wyrzutem.

Wiem, że ma rację. Od miesięcy balansuję na krawędzi – cztery dzieci, samotne wychowywanie po odejściu Marka, kredyt na mieszkanie na Pradze i praca na pół etatu w sklepie spożywczym. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Ale czy naprawdę muszę słyszeć to codziennie?

Wchodzą dzieci: Zosia (14 lat), z wiecznie słuchawkami na uszach; Kuba (11), który ostatnio coraz częściej zamyka się w sobie; bliźniaki Antek i Lena (6 lat), rozbiegane i wiecznie głodne. Zosia rzuca plecak na podłogę.

– Mamo, mogę iść dziś do Oli? – pyta bez entuzjazmu.

– Najpierw odrób lekcje – odpowiadam automatycznie.

– U Oli mama nigdy nie krzyczy… – mruczy pod nosem.

Czuję ukłucie w sercu. Czy naprawdę jestem taka zła? Moja mama patrzy na mnie z dezaprobatą.

– Dzieci ci na głowę wejdą. Ty im wszystko pozwalasz! – mówi głośno.

– Mamo, proszę… – zaczynam, ale ona już wychodzi do salonu, trzaskając drzwiami.

Wieczorem siedzę przy stole z rachunkami. Prąd, gaz, czynsz – wszystko rośnie. W portfelu 120 zł do końca tygodnia. Dzwoni telefon. To Marek.

– Cześć, Anka. Przeleję ci coś jutro, ale sam mam ciężko… – mówi zmęczonym głosem.

– Marek, dzieci potrzebują butów na zimę… – szepczę.

– Wiem. Zrobię co mogę. – Rozłącza się pierwszy.

W nocy nie mogę zasnąć. Słyszę cichy płacz Leny przez ścianę. Idę do niej.

– Mamusiu, śniło mi się, że nas zostawisz… – tuli się do mnie mocno.

– Nigdy was nie zostawię, kochanie – szepczę, choć sama nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam.

Następnego dnia Halina przychodzi wcześniej niż zwykle. Zastaje mnie przy kuchennym stole z głową w dłoniach.

– Anka, ty sobie nie radzisz – mówi bez ogródek. – Może powinnaś oddać dzieci Markowi? On ma nową żonę, może lepiej im będzie…

Patrzę na nią z niedowierzaniem. Czy naprawdę moja własna matka uważa mnie za taką porażkę?

– Mamo! Jak możesz tak mówić? To moje dzieci! – krzyczę przez łzy.

– Ja tylko chcę dla nich dobrze! – odpowiada twardo.

Wybiegam z domu. Idę bez celu przez mokre ulice Pragi. W głowie kłębią się myśli: Może ona ma rację? Może naprawdę nie jestem wystarczająco dobrą matką?

Wracam późno. W drzwiach czeka Zosia.

– Mamo… przepraszam za dziś rano. Kocham cię – mówi cicho i przytula mnie mocno.

Płaczemy razem. Wtedy dociera do mnie: może nie jestem idealna, ale jestem ich mamą. I tylko ja wiem, ile kosztuje mnie każdy dzień walki o ich uśmiech.

Wieczorem Halina siada obok mnie na kanapie. Przez chwilę milczymy.

– Wiesz… ja też się bałam, gdy byłam sama z tobą i twoim bratem – mówi nagle cicho. – Może za dużo wymagam… Ale chcę ci pomóc.

Patrzę na nią inaczej niż zwykle. Może obie jesteśmy ofiarami własnych lęków i niespełnionych oczekiwań?

Kładąc się spać, myślę: Czy kiedykolwiek będę dla siebie wystarczająca? Czy matczyna miłość zawsze musi być walką?

A wy? Jak radzicie sobie z presją rodziny i własnymi wątpliwościami?