Opieka nad Dziadkiem: Miłość, Wyczerpanie i Cień Przeszłości – Moja Walka o Godność Bliskiej Osoby

— Znowu nie możesz znaleźć pilota? — pytam z lekkim zniecierpliwieniem, choć staram się ukryć ton głosu. Dziadek patrzy na mnie spod krzaczastych brwi, jego dłonie drżą, a oczy są pełne uporu i wstydu.

— Nie zgubiłem. Położyłem tam, gdzie zawsze — mamrocze, wskazując na poduszkę, pod którą rzeczywiście leży pilot. Czuję, jak narasta we mnie frustracja. To już trzeci raz dzisiaj.

Mam na imię Marta. Mam trzydzieści cztery lata i od dwóch lat moje życie kręci się wokół opieki nad dziewięćdziesięcioczteroletnim dziadkiem, Stanisławem. Dwa lata temu złamał biodro. Przez pół roku nie wstał z łóżka. Pieluchy, mycie, karmienie — wszystko na mojej głowie. Potem rehabilitacja. Dziadek wrócił do chodzenia, ale już nigdy nie był taki jak dawniej.

Wcześniej byłam nauczycielką w podstawówce. Kochałam swoją pracę, dzieciaki dawały mi energię. Ale kiedy mama zadzwoniła tamtego wieczoru: „Marta, tata upadł, nie wiem co robić”, wiedziałam, że wszystko się zmieni. Mama sama ledwo chodzi po operacji kolana. Mój brat Tomek mieszka w Anglii i od lat nie odwiedził rodziców. Zostałam ja.

Początkowo myślałam: dam radę. Przecież to tylko kilka miesięcy, potem dziadek stanie na nogi. Ale miesiące zamieniły się w lata. Każdy dzień wygląda podobnie: budzę się o szóstej rano, zanim jeszcze słońce wstanie nad blokami na warszawskim Bródnie. Szykuję śniadanie — owsianka z jabłkiem, bo dziadek nie ma już wszystkich zębów. Potem leki: na serce, na ciśnienie, na cukrzycę.

— Marta, a gdzie są moje okulary? — słyszę z pokoju.

— Na półce przy łóżku, dziadku — odpowiadam automatycznie.

Czasem mam wrażenie, że jestem niewidzialna. Że moje potrzeby przestały istnieć. Znajomi przestali dzwonić po kilku miesiącach. „Marta, musisz wyjść do ludzi”, mówiła kiedyś koleżanka z pracy. Ale jak wyjść, kiedy dziadek boi się zostać sam choćby na godzinę?

Najgorsze są wieczory. Wtedy wracają wspomnienia — moje i jego. Dziadek był kiedyś twardym facetem. Pracował na kolei, potrafił naprawić wszystko: od zegarka po silnik samochodu. Teraz nie potrafi samodzielnie zapiąć guzika koszuli.

— Pamiętasz, jak zabierałeś mnie na lody do Parku Praskiego? — pytam czasem, żeby rozjaśnić mu dzień.

— Pamiętam… — uśmiecha się smutno. — Ale wtedy byłem silny.

Czasem płaczę w łazience, żeby nikt nie widział. Ze zmęczenia, z żalu do losu i do brata, który dzwoni raz w miesiącu i pyta: „Jak tam u was?”

— Tomek, może byś przyjechał? Chociaż na tydzień? — proszę go przez telefon.

— Marta, mam tu pracę… dzieciaki… Nie mogę tak po prostu zostawić wszystkiego — słyszę w odpowiedzi.

Wtedy czuję się jak więzień własnego życia. Zazdroszczę ludziom w tramwaju, którzy jadą do pracy albo na randkę. Ja jadę tylko do apteki albo po zakupy.

Czasem przychodzi sąsiadka pani Zosia i przynosi ciasto.

— Pani Marto, pani to ma świętą cierpliwość — mówi z podziwem.

A ja myślę: czy to naprawdę cierpliwość? Czy może już tylko rezygnacja?

Najtrudniejsze są momenty kryzysu zdrowotnego. Ostatnio dziadek dostał wysokiej gorączki w nocy. Siedziałam przy nim całą noc, mierząc temperaturę i modląc się, żeby nie trzeba było dzwonić po karetkę. Rano zadzwoniłam do lekarza rodzinnego.

— Proszę podać paracetamol i dużo pić — usłyszałam przez telefon.

Ale jak podać dużo pić komuś, kto nie chce nawet łyka wody?

Zdarza się też, że dziadek jest zły. Krzyczy na mnie bez powodu:

— Po co mi to wszystko? Po co mnie trzymasz przy życiu?

Wtedy boli najbardziej. Bo przecież robię to z miłości.

Ostatnio zaczęłam pisać pamiętnik. To jedyna rzecz tylko dla mnie. Wylewam tam żal i frustrację, ale też wdzięczność za te krótkie chwile bliskości — kiedy dziadek ściska moją dłoń i mówi: „Dziękuję”.

Czasem wyobrażam sobie inne życie: podróże, randki, własną rodzinę… Ale potem patrzę na dziadka i wiem, że nie mogłabym go zostawić.

Kilka dni temu przyszedł list od Tomka:

„Marto,
Wiem, że jest ci ciężko. Przepraszam, że nie mogę być bliżej. Może uda mi się przyjechać na święta.”

Nie wiem już nawet, czy czekam na jego powrót z nadzieją czy ze złością.

Dziadek coraz częściej mówi o śmierci:

— Marta… ja już chyba długo nie pociągnę…

Ściskam go za rękę i mówię:

— Dziadku, jeszcze tyle rzeczy przed nami! Może pójdziemy razem do parku?

Uśmiecha się słabo.

Wieczorem siedzę przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o wszystkich opiekunach takich jak ja — niewidzialnych bohaterach codzienności.

Czy miłość wystarczy, by przetrwać samotność i zmęczenie? Czy można kochać kogoś tak bardzo, że zapomina się o sobie? A może właśnie wtedy odkrywamy prawdziwy sens życia?