Dlaczego zawsze ja płacę? – Moja walka o szacunek w związku z Markiem

– Znowu ty płacisz? – zapytała moja mama, kiedy wróciłam do domu po kolejnej kolacji z Markiem. W jej głosie słyszałam nie tylko troskę, ale i rozczarowanie. Sama nie wiem, co bardziej mnie bolało: jej pytanie czy moja odpowiedź, której nie potrafiłam wypowiedzieć na głos.

Mam na imię Anna. Mam trzydzieści cztery lata i od pięciu lat jestem w związku z Markiem. Poznaliśmy się na uczelni – on studiował informatykę, ja psychologię. Na początku wszystko wydawało się idealne. Marek był czuły, zabawny, potrafił mnie rozśmieszyć nawet w najgorszy dzień. Ale z czasem zaczęłam zauważać coś, co długo wypierałam ze świadomości.

Pierwsza randka – zaprosił mnie do kawiarni na Nowym Świecie. Zamówiliśmy kawę i ciasto. Kiedy przyszło do płacenia, Marek zaczął przeszukiwać kieszenie.

– Ojej, chyba zapomniałem portfela – powiedział z zakłopotaniem.

Uśmiechnęłam się i zapłaciłam bez słowa. Wtedy uznałam to za drobnostkę. Przecież każdemu może się zdarzyć. Ale potem sytuacja zaczęła się powtarzać. Kino, restauracja, wyjazd nad morze – zawsze coś stawało mu na przeszkodzie: zgubił kartę, nie wypłacił gotówki, nie działał mu blik.

Z czasem zaczęłam czuć się jak bankomat. Próbowałam z nim o tym rozmawiać.

– Marek, czy możemy się jakoś podzielić wydatkami? – zapytałam pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy w moim mieszkaniu.

– Przecież wiesz, że teraz mam trudniej w pracy. Dostałem mniej godzin, a ty masz stałą pensję – odpowiedział bez cienia skruchy.

Nie chciałam być małostkowa. Przecież kocham go, myślałam. Ale z każdym kolejnym miesiącem czułam coraz większy ciężar na sercu i portfelu. Moja mama widziała to od dawna.

– Aniu, miłość to nie tylko uczucia. To też szacunek i partnerstwo – powtarzała mi za każdym razem, gdy wracałam smutna po spotkaniu z Markiem.

Zaczęłam ukrywać przed rodziną i przyjaciółmi prawdę o naszej sytuacji finansowej. Wstydziłam się przyznać, że to ja utrzymuję nasz związek. Kiedy koleżanki opowiadały o prezentach od swoich partnerów czy wspólnych wyjazdach dzielonych po połowie, milczałam. Czułam się gorsza.

Pewnego dnia Marek przyszedł do mnie z prośbą:

– Aniu, pożyczysz mi dwa tysiące? Muszę naprawić samochód.

Zamarłam. To już nie była kawa czy kino. To była poważna suma.

– Marek, nie mogę ci ciągle pomagać finansowo – powiedziałam drżącym głosem.

– Czyli co? Już mnie nie kochasz? – rzucił oskarżycielsko.

To zdanie przelało czarę goryczy. Poczułam się jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Czy naprawdę miłość polega na tym, że jedna osoba daje wszystko, a druga tylko bierze?

Zaczęły się kłótnie. Marek zarzucał mi brak zrozumienia i wsparcia. Ja coraz częściej płakałam po nocach. Próbowałam tłumaczyć mu, że chodzi o równowagę i szacunek, ale on widział tylko swoje potrzeby.

W pracy byłam coraz bardziej rozkojarzona. Szefowa zauważyła moje zmiany nastroju.

– Aniu, wszystko w porządku? – zapytała pewnego dnia.

Chciałam odpowiedzieć „tak”, ale łzy napłynęły mi do oczu.

– Nie wiem już…

Wtedy pierwszy raz pomyślałam poważnie o rozstaniu. Ale jak odejść od kogoś, kogo się kocha? Jak pogodzić serce z rozumem?

Próbowałam jeszcze raz porozmawiać z Markiem:

– Marek, musimy ustalić granice. Nie mogę być jedyną osobą odpowiedzialną za nasze finanse.

– To znajdź sobie bogatszego faceta! – krzyknął i trzasnął drzwiami.

Siedziałam długo w ciszy. W końcu zadzwoniła mama.

– Aniu, pamiętaj: jeśli ktoś cię naprawdę kocha, nie pozwoli ci cierpieć przez swoje lenistwo czy wygodnictwo.

Te słowa dźwięczały mi w głowie przez kolejne dni. Zaczęłam myśleć o sobie – o swoich potrzebach i marzeniach. Zrozumiałam, że jeśli sama siebie nie będę szanować, nikt inny tego nie zrobi.

Po tygodniu podjęłam decyzję. Spotkałam się z Markiem w naszej ulubionej kawiarni.

– Marek, muszę odejść. Kocham cię, ale nie chcę być już wykorzystywana.

Patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Przesadzasz…

Ale ja już wiedziałam swoje. Wyszłam z kawiarni z poczuciem ulgi i smutku jednocześnie.

Dziś patrzę na tamten czas jak na lekcję życia. Wiem już, że miłość bez szacunku i równowagi prowadzi tylko do bólu.

Czy naprawdę trzeba cierpieć dla miłości? A może czasem największym aktem miłości jest postawienie granic i zadbanie o siebie?