Dlaczego zgodziłam się zaopiekować wnuczką – i dlaczego nigdy więcej tego nie zrobię
– Mamo, błagam cię, nie mam nikogo innego. – Głos Agnieszki drżał przez telefon, a ja już wiedziałam, że nie odmówię. Zawsze byłam tą, która ratowała sytuację. – Zosia ma gorączkę, a ja muszę do pracy. Tomek jest na delegacji. Proszę…
Patrzyłam przez okno na szare, listopadowe niebo i czułam, jak ściska mnie w żołądku. Przez chwilę chciałam powiedzieć „nie”, ale słowo ugrzęzło mi w gardle. – Dobrze, przywieziesz ją rano – odpowiedziałam cicho.
Noc spędziłam niespokojnie, przewracając się z boku na bok. W głowie kłębiły się myśli: czy dam radę? Przecież sama ledwo się trzymam po ostatniej grypie. Ale przecież jestem babcią – to mój obowiązek, prawda?
Rano Agnieszka wpadła jak burza. Zosia spała na jej ramieniu, blada i rozpalona. – Dziękuję, mamo, jesteś kochana – rzuciła w biegu, całując mnie w policzek. Nawet nie spojrzała mi w oczy.
Zosia była marudna, płakała co chwilę. Próbowałam ją pocieszyć bajkami, herbatą z miodem, przytulaniem. Po południu dostała dreszczy i zaczęła majaczyć. Przeraziłam się. Zadzwoniłam do Agnieszki.
– Mamo, przesadzasz! To tylko gorączka! – usłyszałam zirytowany głos córki. – Nie mogę wyjść z pracy! Daj jej paracetamol.
Czułam się bezradna i upokorzona. Przez kolejne godziny siedziałam przy łóżku Zosi, modląc się, żeby temperatura spadła. W końcu zasnęła.
Wieczorem Agnieszka odebrała ją bez słowa wdzięczności. – Muszę jeszcze pojechać do apteki – rzuciła tylko i wyszła.
Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Czułam się wyczerpana fizycznie i psychicznie. Przez całą noc nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się pytania: czy naprawdę jestem tylko darmową opiekunką? Czy to wszystko, na co zasłużyłam po latach poświęceń?
Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra, Maria.
– I co, jak tam Zosia? – zapytała.
– Już lepiej… Ale wiesz co? Czuję się okropnie. Jakby mnie wykorzystano.
– Bo cię wykorzystano, Haniu! – Maria nie owijała w bawełnę. – Agnieszka wie, że zawsze się zgodzisz.
Przez kolejne dni Agnieszka nie zadzwoniła nawet zapytać, jak się czuję. Dopiero po tygodniu odezwała się z kolejną prośbą: czy mogłabym odebrać Zosię z przedszkola? Wtedy coś we mnie pękło.
– Nie mogę, Agnieszko – powiedziałam stanowczo. – Źle się czuję.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Ale mamo…
– Przepraszam, musisz sobie poradzić sama.
Rozłączyłam się i rozpłakałam. Czułam się winna, ale też… wolna? Po raz pierwszy od lat postawiłam granicę.
Wieczorem zadzwonił Tomek, zięć.
– Haniu, Agnieszka mówiła, że odmówiłaś pomocy…
– Tak, Tomek. Potrzebuję odpoczynku.
– Rozumiem… Ale wiesz, Agnieszka ma teraz ciężko w pracy…
– Ja też mam ciężko – przerwałam mu łamiącym się głosem.
Po tej rozmowie długo siedziałam w ciszy. Przypomniały mi się lata młodości: jak sama biegałam między pracą a domem, jak nigdy nie miałam czasu dla siebie. Czy naprawdę chcę powtarzać ten schemat?
Kilka dni później Agnieszka przyszła do mnie z Zosią.
– Mamo… przepraszam. Nie zauważyłam nawet, jak bardzo cię obciążam.
Patrzyłam na nią długo w milczeniu.
– Chciałabym być dla was wsparciem, ale nie mogę być zawsze na każde zawołanie – powiedziałam cicho.
Agnieszka spuściła wzrok.
– Wiem… Postaram się to zmienić.
Od tamtej pory nasze relacje są inne. Częściej rozmawiamy o swoich potrzebach i granicach. Ale we mnie wciąż tkwi żal i pytanie: gdzie popełniłam błąd jako matka? Czy powinnam była wcześniej nauczyć córkę szacunku do moich uczuć?
Czasem patrzę na zdjęcie małej Zosi i zastanawiam się: czy bycie babcią musi oznaczać rezygnację z siebie? Czy tylko ja czuję się rozdarta między miłością a poczuciem wykorzystania?
Może nie jestem jedyna? Może inne babcie też boją się powiedzieć „dość”?