Odrzucone dziecko: Moje życie bez korzeni i walka o własną tożsamość
— Dlaczego mnie nie chcieliście? — pytanie to wracało do mnie każdej nocy, gdy leżałem na skrzypiącym łóżku w kolejnym domu dziecka. Miałem wtedy siedem lat i już wiedziałem, że jestem inny. Wcześniej, zanim nauczyłem się czytać, słyszałem szepty opiekunek: „To ten chłopiec z rzadką chorobą… Rodzice go zostawili zaraz po porodzie”.
Nazywam się Nikola. Moje nazwisko zmieniało się tyle razy, ile razy zmieniałem adres zamieszkania. Urodziłem się w szpitalu w Łodzi, a rodzice — jak powtarzano mi przez lata — nawet nie spojrzeli mi w oczy. Zostawili mnie z kartką: „Nie damy rady”. To wszystko. Żadnego wyjaśnienia, żadnej szansy na zrozumienie.
Pierwsze lata mojego życia to szpitale, badania, białe fartuchy i zapach spirytusu. Moja choroba — rzadkie schorzenie genetyczne, które sprawiało, że byłem słabszy od innych dzieci — była moim piętnem. W domu dziecka byłem „tym chorym”, „tym trudnym”, „tym, którego nikt nie chce”.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz trafiłem do rodziny zastępczej. Państwo Kowalscy mieli już dwójkę własnych dzieci. Przez chwilę uwierzyłem, że może tu znajdę dom. Ale ich syn, Bartek, nie krył niechęci:
— Po co nam taki dziwak? — rzucił pewnego wieczoru, gdy myślał, że nie słyszę.
Pani Kowalska próbowała mnie przytulić, ale jej ramiona były chłodne jak zimowy wiatr. Po kilku miesiącach wróciłem do domu dziecka. Kolejna porażka.
Z czasem nauczyłem się nie przywiązywać do ludzi. Każda nowa rodzina była jak nowa para butów: na początku obiecująca, potem zaczynała uwierać. W wieku trzynastu lat miałem już za sobą cztery rodziny zastępcze i niezliczone powroty do domu dziecka.
Najgorsze były święta. Wszyscy wyjeżdżali do swoich rodzin, a ja zostawałem z kilkoma innymi „niechcianymi”. Wtedy czułem się najbardziej samotny. Patrzyłem przez okno na śnieg i wyobrażałem sobie, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdyby rodzice mnie nie zostawili.
W wieku piętnastu lat trafiłem do rodziny Nowaków. Pani Nowakowa była pielęgniarką i wydawało się, że rozumie moją chorobę lepiej niż ktokolwiek wcześniej. Pan Nowak był cichy, ale miał dobre serce. Ich córka, Ola, była ode mnie starsza o dwa lata i od początku traktowała mnie jak młodszego brata.
— Nie musisz się bać — powiedziała mi pierwszego wieczoru. — U nas możesz być sobą.
Po raz pierwszy od dawna poczułem nadzieję. Zacząłem chodzić na terapię, pani Nowakowa pomagała mi z lekami i rehabilitacją. W szkole jednak wciąż byłem „tym z domu dziecka”. Koledzy unikali mnie, czasem wyśmiewali moją ułomność.
— Ej, Nikola! Co ci jest? Znowu udajesz? — krzyczał Paweł na korytarzu.
Udawałem, że mnie to nie rusza. Ale wieczorami płakałem w poduszkę.
Największy kryzys przyszedł w liceum. Zakochałem się w Magdzie z równoległej klasy. Była piękna i mądra, a jej uśmiech rozświetlał najciemniejsze dni. Zebrałem się na odwagę i zaprosiłem ją na spacer.
— Nikola… Jesteś fajny, ale… Ja nie wiem, czy potrafiłabym być z kimś takim jak ty — powiedziała cicho.
To „takim jak ty” bolało bardziej niż cokolwiek wcześniej.
Zacząłem się zamykać w sobie. Nawet Ola nie potrafiła do mnie dotrzeć. Przestałem chodzić na terapię, zaniedbałem szkołę. Pani Nowakowa próbowała ze mną rozmawiać:
— Nikola, wiem, że ci ciężko. Ale musisz walczyć o siebie. Nie jesteś sam.
Nie wierzyłem jej wtedy.
Pewnej nocy miałem sen: stałem na peronie dworca Łódź Kaliska i patrzyłem na odjeżdżający pociąg. W środku siedzieli moi rodzice — ci biologiczni — i patrzyli na mnie przez szybę bez wyrazu twarzy. Obudziłem się z krzykiem.
To był moment przełomowy. Zrozumiałem, że całe życie czekałem na coś niemożliwego: na ich powrót, na wyjaśnienie. Musiałem przestać żyć przeszłością.
Powoli zacząłem wracać do siebie. Zdałem maturę dzięki pomocy Oli i pani Nowakowej. Dostałem się na studia psychologiczne w Warszawie — chciałem pomagać takim jak ja.
Dziś mam dwadzieścia cztery lata. Nadal noszę w sobie blizny z dzieciństwa, ale nauczyłem się z nimi żyć. Czasem jeszcze wraca pytanie: „Dlaczego mnie zostawiliście?”. Ale coraz częściej myślę o tym, co mogę zrobić dla innych dzieci bez korzeni.
Czy można naprawdę odnaleźć siebie bez przeszłości? Czy miłość zastępczej rodziny może uleczyć rany po porzuceniu? Może ktoś z was zna odpowiedź…