Kiedy serce nie potrafi wybaczyć: Moja ucieczka z niemowlęciem i walka o siebie
— Znowu nie ugotowałaś obiadu? — głos Pawła odbił się echem w kuchni, choć był ledwie po szeptu. Stałam przy zlewie, trzymając w ramionach śpiącą Zosię. Miała zaledwie trzy miesiące, a ja czułam się, jakbym przeżyła już całe życie.
— Nie miałam kiedy — odpowiedziałam cicho, próbując nie obudzić córki. — Zosia płakała cały dzień.
Paweł westchnął ciężko i odwrócił się na pięcie. Usłyszałam trzask drzwi do sypialni. W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi serce z piersi i rzucił na zimną podłogę. Nie chodziło o obiad. Chodziło o to, że od miesięcy byłam dla niego niewidzialna. Od kiedy urodziła się Zosia, Paweł coraz częściej wracał późno z pracy, coraz rzadziej pytał, jak się czuję. Zamiast wsparcia dostawałam tylko pretensje i milczenie.
Pamiętam, jak kiedyś śmialiśmy się razem do łez. Jak planowaliśmy przyszłość, jak Paweł całował mnie w czoło i mówił: „Zawsze będę przy tobie”. Teraz nie było już „nas”. Było tylko „ja” i „on”, dwa samotne byty pod jednym dachem.
Najgorsze były noce. Zosia budziła się co dwie godziny, a ja wstawałam do niej sama. Paweł spał twardo albo udawał, że śpi. Czasem patrzyłam na niego z zazdrością i złością. Dlaczego ja muszę być silna? Dlaczego on może po prostu wyłączyć się z tego wszystkiego?
Pewnej nocy, kiedy Zosia płakała już trzecią godzinę z rzędu, nie wytrzymałam. Weszłam do sypialni i potrząsnęłam Pawłem.
— Pomóż mi! — krzyknęłam przez łzy. — Nie daję rady!
Otworzył oczy i spojrzał na mnie z irytacją.
— Przesadzasz. Każda matka sobie radzi — burknął i odwrócił się do ściany.
Wtedy coś we mnie pękło. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Nie miałam siły płakać ani walczyć. Czułam się jak więzień we własnym domu. Moja mama dzwoniła codziennie, pytała, czy wszystko w porządku. Kłamałam: „Tak, mamo, wszystko dobrze”. Bałam się przyznać do porażki.
W końcu przyszedł dzień, który zmienił wszystko. Paweł wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Byłam w łazience, kąpałam Zosię. Usłyszałam trzask drzwi i jego głos:
— Gdzie jest obiad? — zapytał głośno.
— W lodówce — odpowiedziałam zmęczonym głosem.
Wszedł do łazienki bez pukania.
— Ty naprawdę nic nie robisz cały dzień! — krzyknął. — Nawet obiadu nie potrafisz zrobić!
Spojrzałam na niego przez łzy. Wtedy zobaczyłam w jego oczach coś obcego, coś zimnego i obojętnego. Zrozumiałam, że już go nie kocham. Że nie chcę tak żyć ani dnia dłużej.
Tej nocy spakowałam torbę dla siebie i Zosi. Cicho wyszłam z mieszkania, zostawiając klucz na stole. Pojechałam do mamy do Piaseczna. Pamiętam jej zdziwioną minę, kiedy otworzyła drzwi o drugiej w nocy.
— Co się stało? — zapytała przerażona.
— Nie mogę już tam być — wyszeptałam i rozpłakałam się w jej ramionach.
Pierwsze dni były jak sen na jawie. Mama pomagała mi przy Zosi, gotowała obiady, tuliła mnie jak małą dziewczynkę. Ale w środku czułam pustkę i strach. Co dalej? Jak sobie poradzę sama z dzieckiem? Czy Paweł będzie chciał walczyć o córkę? Czy będę musiała wrócić?
Paweł dzwonił codziennie przez tydzień. Najpierw prosił, żebym wróciła. Potem groził sądem i odebraniem dziecka. W końcu przestał dzwonić wcale. Została tylko cisza.
Zaczęły się rozmowy z prawnikiem, wizyty w sądzie, nerwy i bezsenne noce. Mama powtarzała: „Jesteś silna”. Ale ja czułam się słaba jak nigdy wcześniej.
Najtrudniejsze były chwile zwątpienia. Kiedy Zosia płakała godzinami, a ja nie miałam siły jej uspokoić. Kiedy patrzyłam na inne rodziny w parku i zazdrościłam im normalności. Kiedy znajomi pytali: „A może przesadzasz? Może powinnaś spróbować jeszcze raz?”
Ale wiedziałam jedno: nie chcę wracać do życia bez miłości i szacunku. Nie chcę być przykładem dla córki kobiety, która godzi się na byle co.
Po kilku miesiącach znalazłam pracę w bibliotece miejskiej. Mama opiekowała się Zosią, kiedy ja pracowałam na pół etatu. Powoli zaczynałam oddychać pełną piersią. Uczyłam się być samodzielna — pierwszy raz w życiu.
Paweł pojawił się po pół roku z bukietem kwiatów i przeprosinami.
— Wiem, że zawaliłem — powiedział cicho pod drzwiami mamy. — Chcę spróbować jeszcze raz.
Patrzyłam na niego długo w milczeniu. Widziałam skruchę w jego oczach, ale też strach przed samotnością.
— Nie potrafię ci wybaczyć — odpowiedziałam spokojnie. — Za dużo we mnie bólu.
Odwrócił się i odszedł bez słowa.
Dziś wiem, że zrobiłam dobrze. Że czasem trzeba odejść, żeby zacząć żyć naprawdę. Samotność w pustym mieszkaniu boli mniej niż samotność przy kimś, kto cię nie widzi.
Czy żałuję? Czasem tak. Ale częściej czuję dumę i ulgę.
Czasem patrzę na śpiącą Zosię i pytam siebie: czy lepiej mieć rodzinę za wszelką cenę… czy lepiej być szczęśliwą mamą w pojedynkę? Co wy byście zrobili na moim miejscu?