„Nie liczcie na nas, radźcie sobie sami!” – Kiedy teściowa zażądała pieniędzy, choć kiedyś odmówiła nam pomocy

– Nie liczcie na nas, radźcie sobie sami! – te słowa mojej teściowej, pani Haliny, wybrzmiewają w mojej głowie jak echo, które nie chce ucichnąć. Siedzieliśmy wtedy z Piotrem przy jej kuchennym stole, dłonie splecione pod blatem, serca ściśnięte. Byliśmy świeżo po ślubie, z kredytem na kawalerkę na Pradze i marzeniami o lepszym życiu. Potrzebowaliśmy tylko trochę wsparcia – może pożyczki na remont, może kilku ciepłych słów. Ale Halina patrzyła na nas z chłodnym dystansem, a jej mąż, pan Zbigniew, nawet nie podniósł wzroku znad gazety.

– My też musieliśmy sobie radzić. Nikt nam nie pomagał – dodała jeszcze teściowa i odwróciła się do okna. Wyszliśmy wtedy z Piotrem w milczeniu. Pamiętam, jak ściskał moją dłoń na klatce schodowej i szeptał: „Poradzimy sobie sami”.

Minęło dziesięć lat. Nasza kawalerka zamieniła się w trzypokojowe mieszkanie na Tarchominie. Piotr dostał awans, ja wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim. Mamy dwójkę dzieci – Olę i Michała. Nie było łatwo: choroby dzieci, nieprzespane noce, ciągłe oszczędzanie. Ale daliśmy radę. Bez niczyjej pomocy.

Aż pewnego dnia zadzwoniła Halina. Jej głos był inny niż zwykle – cichy, drżący.

– Zbyszek mnie zostawił – powiedziała bez ogródek. – Wyprowadził się do tej swojej… Bożeny. Zostałam sama. Nie mam pieniędzy na czynsz.

Zamarłam. Piotr patrzył na mnie pytająco. W słuchawce zapadła cisza.

– Moglibyście mi trochę pożyczyć? – dodała po chwili teściowa.

W mojej głowie natychmiast pojawiły się wspomnienia tamtej rozmowy sprzed lat. Przypomniałam sobie jej chłód, brak empatii, zamknięte drzwi. Ale teraz to ona była w potrzebie.

– Musimy to przemyśleć – odpowiedziałam ostrożnie.

Wieczorem długo rozmawialiśmy z Piotrem.

– Pamiętasz, jak nas potraktowała? – zapytałam cicho.
– Pamiętam. Ale to moja matka… Nie mogę jej zostawić bez pomocy.
– A my? Kto nam pomógł?
– Może to właśnie teraz jest ten moment, żeby przerwać ten łańcuch obojętności?

Nie spałam całą noc. W głowie kłębiły mi się myśli: czy powinniśmy pomagać komuś, kto kiedyś nas odrzucił? Czy lojalność wobec rodziny jest ważniejsza niż własne poczucie sprawiedliwości?

Następnego dnia pojechaliśmy do Haliny. Siedziała przy tym samym kuchennym stole co dziesięć lat temu, ale wyglądała na starszą i zmęczoną.

– Przepraszam was – powiedziała nagle. – Wiem, że nie byłam dla was dobra. Myślałam, że tak trzeba… Że młodzi powinni radzić sobie sami.

Piotr spuścił wzrok.

– Mamo, my naprawdę wtedy potrzebowaliśmy pomocy – powiedział cicho.
– Wiem… Teraz to rozumiem. Ale wtedy byłam dumna i uparta. Bałam się, że jeśli wam pomogę, to będziecie ode mnie zależni… A teraz sama zostałam z niczym.

W tej chwili poczułam coś dziwnego – współczucie zmieszane z żalem i gniewem. Przez lata budowałam wokół siebie mur, żeby nie czuć bólu tamtej odmowy. A teraz ten mur zaczął pękać.

Zaproponowaliśmy Halinie pomoc – nie tylko finansową, ale też wsparcie w codziennych sprawach. Pomogliśmy jej znaleźć tańsze mieszkanie, załatwić formalności w urzędzie. Dzieci zaczęły ją odwiedzać w weekendy.

Ale relacja między nami już nigdy nie była taka sama jak kiedyś mogłaby być. Zawsze gdzieś w tle czaiło się pytanie: czy można odbudować zaufanie po tylu latach obojętności?

Czasem patrzę na Halinę i widzę w niej samotną kobietę, która popełniła wiele błędów, ale też matkę mojego męża i babcię moich dzieci. Czy powinnam jej wybaczyć? Czy powinnam zapomnieć o przeszłości?

A wy? Czy pomagacie rodzinie bez względu na wszystko? Czy da się odbudować relacje po latach żalu i rozczarowań?