Wyrzucona z domu za ciążę: Po latach rodzice wrócili z prośbą o pomoc. Czy można wybaczyć?
— Wyjdź. Nie chcę cię tu więcej widzieć! — głos ojca odbijał się echem od ścian naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Stałam w przedpokoju, trzymając w rękach torbę z kilkoma rzeczami i patrząc na mamę, która nie była w stanie spojrzeć mi w oczy. W brzuchu czułam już pierwsze ruchy dziecka, a w sercu — przerażenie i pustkę.
— Mamo… — szepnęłam, mając nadzieję, że ona mnie zatrzyma, przytuli, powie: „Zostaniesz, poradzimy sobie”. Ale ona tylko odwróciła wzrok i zacisnęła usta.
Miałam osiemnaście lat. Z Piotrem poznaliśmy się na szkolnej wycieczce do Krakowa. Był czuły, zabawny, inny niż wszyscy chłopcy z naszej klasy. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, świat mi się zawalił. Rodzice byli surowi, wymagający — zawsze powtarzali, że muszę być najlepsza, że nie mogę ich zawieść. Zawiodłam.
Piotr nie uciekł. Przyszedł po mnie tego wieczoru pod klatkę. — Nie martw się, damy radę — powiedział i mocno mnie przytulił. Zamieszkaliśmy u jego babci na Pradze. Mały pokój, tapeta pamiętająca czasy Gierka i łóżko z zapadającym się materacem. Ale byliśmy razem.
Początki były koszmarne. Piotr rzucił szkołę i zaczął pracować na budowie. Ja próbowałam skończyć liceum zaocznie, ale z brzuchem i bez wsparcia rodziny wszystko wydawało się nierealne. Babcia Piotra była dobra, ale schorowana i sama ledwo wiązała koniec z końcem.
— Nie mogę uwierzyć, że twoi rodzice tak cię potraktowali — mówiła czasem, podając mi herbatę z sokiem malinowym. — Ale pamiętaj, dziecko, życie potrafi się zmienić w najmniej oczekiwanym momencie.
Urodziłam Zosię w listopadzie. Była maleńka i krzyczała tak głośno, jakby chciała wykrzyczeć cały mój ból i strach. Piotr płakał razem ze mną. Przez pierwsze miesiące nie spałam prawie wcale — Zosia miała kolki, a ja nie miałam pojęcia o macierzyństwie. Czasem patrzyłam na nią i myślałam: „Czy dam radę? Czy nie skrzywdzę jej tak, jak mnie skrzywdzili moi rodzice?”
Piotr pracował coraz więcej. Widziałam go tylko wieczorami, zmęczonego i milczącego. Czasem kłóciliśmy się o pieniądze, o zmęczenie, o to, że nie mamy już siły. Ale nigdy nie przestaliśmy być razem.
Po dwóch latach udało nam się wynająć kawalerkę na Bródnie. Piotr dostał lepszą pracę w firmie remontowej, ja zaczęłam pracować w sklepie spożywczym na pół etatu. Zosia poszła do żłobka. Każda złotówka była na wagę złota.
Rodzice? Przez dziesięć lat nie odezwali się ani razu. Czasem śniło mi się, że mama dzwoni i pyta: „Jak się czujesz? Jak Zosia?” Budziłam się wtedy z płaczem.
Z czasem zaczęło nam się układać. Skończyłam liceum wieczorowo, potem kurs księgowości. Dostałam pracę w biurze rachunkowym. Piotr awansował na brygadzistę. Kupiliśmy używany samochód i pojechaliśmy nad morze — pierwszy raz jako rodzina.
Zosia rosła jak na drożdżach. Była radosna, ciekawa świata, uwielbiała rysować i zadawać tysiące pytań dziennie. Czasem patrzyłam na nią i myślałam: „Może jednak jestem dobrą matką?”
Aż pewnego dnia zadzwonił domofon.
— Dzień dobry… To my… mama i tata — usłyszałam głos ojca przez słuchawkę.
Serce mi stanęło. Przez chwilę nie mogłam oddychać.
— Co tu robicie? — zapytałam przez drzwi, nie otwierając ich od razu.
— Musimy porozmawiać…
Otworzyłam drzwi. Mama była starsza, jakby mniejsza niż ją zapamiętałam. Ojciec miał siwe włosy i zmęczone oczy.
— Możemy wejść? — spytała cicho mama.
Usiedliśmy przy stole w kuchni. Zosia bawiła się w swoim pokoju.
— Twoja mama jest chora… — zaczął ojciec. — Potrzebujemy pomocy…
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Patrzyłam na nich i czułam mieszaninę gniewu i współczucia.
— Przez dziesięć lat nie interesowaliście się mną ani Zosią — powiedziałam drżącym głosem. — Teraz przyszliście po pomoc?
Mama zaczęła płakać.
— Wiem… Przepraszam… Byliśmy głupi… Baliśmy się… Nie umieliśmy inaczej…
Ojciec spuścił głowę.
— Straciłem pracę… Mama jest po operacji… Nie mamy nikogo oprócz ciebie…
W głowie miałam mętlik. Przez tyle lat marzyłam o tym spotkaniu — wyobrażałam sobie przeprosiny, łzy wzruszenia, pojednanie jak z filmu. Ale rzeczywistość była inna: siedzieli przede mną ludzie złamani przez życie, którzy kiedyś złamali mnie.
Piotr wszedł do kuchni i spojrzał pytająco.
— To moi rodzice — powiedziałam cicho.
Zosia wybiegła z pokoju.
— Kim są ci państwo? — spytała z ciekawością.
Mama rozpłakała się jeszcze bardziej.
— To twoja babcia i dziadek — odpowiedziałam drżącym głosem.
Wieczorem długo rozmawialiśmy z Piotrem.
— Co zamierzasz zrobić? — zapytał spokojnie.
— Nie wiem… Chciałabym im pomóc… Ale boję się, że znów mnie zranią…
Nie spałam całą noc. Wspomnienia wracały falami: zimny przedpokój, torba z rzeczami, zamknięte drzwi za moimi plecami. Ale też uśmiech Zosi, ciepło Piotra, nasze wspólne życie zbudowane od zera.
Następnego dnia zadzwoniłam do mamy.
— Możecie przyjść na obiad w niedzielę — powiedziałam tylko tyle.
Nie wiem jeszcze, czy potrafię wybaczyć całkowicie. Ale wiem jedno: nie chcę być taka jak oni. Chcę pokazać Zosi, że rodzina to coś więcej niż krew — to wybór miłości każdego dnia.
Czy można naprawdę wybaczyć tym, którzy nas odrzucili? Czy da się odbudować rodzinę na nowo po tylu latach bólu? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?