Nie jestem tylko adresem: Warszawskie mieszkanie, rodzinne marzenia i zdrada, która wszystko zmieniła
— To nie jest twoje mieszkanie, ciociu. Babcia zapisała je mnie — głos Darii drżał, ale w jej oczach widziałam determinację. Stałyśmy naprzeciw siebie w moim — czy już nie moim? — salonie na Pradze. Za oknem szarzał listopadowy wieczór, a ja czułam, jakby ktoś wyciągnął mi grunt spod nóg.
Jeszcze rano parzyłam kawę i myślałam o tym, jak bardzo kocham ten dom. Każdy kąt znał moje łzy i śmiech. To tu wracałam po śmierci męża, tu leczyłam złamane serce po zdradzie przyjaciółki, tu świętowałam pierwsze kroki mojego syna. A teraz Daria — córka mojej starszej siostry, tej, która zawsze była moim wzorem — patrzyła na mnie z chłodną pewnością siebie.
— Daria, przecież wiesz, że to mieszkanie było moim domem przez dwadzieścia lat. Twoja mama nigdy nie chciała tu mieszkać. Babcia tylko mówiła, że kiedyś wszystko będzie nasze, wspólne… — próbowałam zachować spokój, choć głos mi się łamał.
— Ale testament jest jasny. Ja mam prawo tu zamieszkać. Ty możesz zostać do końca roku, potem musisz się wyprowadzić — powiedziała cicho, ale stanowczo.
Poczułam się jak bohaterka taniego serialu. Przecież to nie mogło dziać się naprawdę. Przez lata byłam dla Darii drugą matką. To ja odbierałam ją z przedszkola, kiedy jej mama pracowała po godzinach. To ja uczyłam ją jeździć na rowerze i piekłam jej ulubione drożdżówki. A teraz stała przede mną jak obca.
Wróciłam myślami do dnia pogrzebu mamy. Było zimno, padał śnieg z deszczem. Stałyśmy wtedy razem z Darią pod jednym parasolem. Płakałyśmy obie, trzymając się za ręce. Obiecałyśmy sobie wtedy, że rodzina zawsze będzie najważniejsza. Czy ona o tym zapomniała?
Wieczorem zadzwoniłam do siostry, Anny. Odebrała po kilku sygnałach.
— Aniu, musimy porozmawiać o mieszkaniu… Daria była dziś u mnie… — zaczęłam niepewnie.
— Wiem, mówiła mi. Słuchaj, Ewa, to nie jest moja decyzja. Mama tak chciała. Daria ma trudną sytuację, rozumiesz? — jej głos był zmęczony i chłodny.
— Ale ja też mam trudną sytuację! To jest mój dom! — krzyknęłam przez łzy.
— Ewa, nie rób scen. Jesteś dorosła. Dasz sobie radę — odpowiedziała i rozłączyła się.
Siedziałam długo w ciemności, słuchając tykania zegara i szumu samochodów za oknem. Próbowałam zrozumieć: kiedy przestałyśmy być rodziną? Kiedy przestałyśmy się słuchać?
Następne dni były jak zły sen. Daria przychodziła codziennie z nowymi dokumentami do podpisania. Przynosiła kawę z pobliskiej kawiarni, jakby chciała udawać, że wszystko jest w porządku.
— Ciociu, wiem, że to trudne… Ale ja naprawdę nie mam gdzie mieszkać. Michał mnie zostawił, nie stać mnie na wynajem… — mówiła pewnego ranka, patrząc na mnie błagalnie.
— A ja? Myślisz, że dla mnie to łatwe? Że mogę tak po prostu spakować życie w kartony? — odpowiedziałam ostro.
— Przepraszam… Ale muszę myśleć o sobie — szepnęła.
Zaczęłam szukać pokoju do wynajęcia. Wszędzie było drogo albo brudno. Czułam się upokorzona — jakbym była nikim, tylko adresem do wykreślenia z czyjegoś życia.
Pewnej nocy zadzwonił mój syn, Tomek.
— Mamo, słyszałem o wszystkim od cioci Ani. Chcesz się do mnie przeprowadzić? — zapytał cicho.
— Nie chcę być ciężarem… — odpowiedziałam odruchowo.
— Nigdy nim nie byłaś. Ale jeśli chcesz walczyć o mieszkanie — pomogę ci — powiedział stanowczo.
Przez chwilę poczułam nadzieję. Może jeszcze nie wszystko stracone? Zaczęliśmy razem przeglądać dokumenty, szukać luk w testamencie babci. Okazało się jednak, że wszystko było zgodne z prawem.
W międzyczasie Anna przestała odbierać moje telefony. Daria unikała rozmów o przeszłości. Czułam się coraz bardziej samotna i zdradzona.
Ostatniego dnia grudnia spakowałam walizki i zamknęłam drzwi na klucz po raz ostatni. Stałam na klatce schodowej i płakałam jak dziecko.
Daria wyszła do mnie.
— Ciociu… Przepraszam — powiedziała cicho.
Spojrzałam na nią długo.
— Nie wiem, czy kiedykolwiek ci wybaczę — odpowiedziałam szczerze.
Teraz mieszkam u Tomka na Ursynowie. Jest ciasno i głośno — jego dzieci biegają po mieszkaniu od rana do wieczora. Ale czuję się tu kochana.
Czasem myślę o tym mieszkaniu na Pradze i o tym wszystkim, co straciłam. Czy naprawdę powinnam wybaczyć tylko dlatego, że jesteśmy rodziną? Czy więzy krwi są ważniejsze niż lojalność i pamięć o wspólnych chwilach?
A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć taką zdradę? Czy rodzina zawsze zasługuje na drugą szansę?