To, co widzę w lustrze: Gorzka prawda o naszym małżeństwie

— Naprawdę nie widzisz, jak się zmieniłaś? — Michał patrzył na mnie z takim chłodem, jakby rozmawiał z obcą kobietą. Stałam w kuchni, w poplamionym dresie, z rozczochranymi włosami i resztkami kaszki na rękawie. Zamarłam z kubkiem herbaty w dłoni.

— Co masz na myśli? — zapytałam cicho, choć przeczuwałam odpowiedź.

— No… przytyłaś. I w ogóle… wyglądasz na zmęczoną. — Wzruszył ramionami, jakby to było coś oczywistego, coś, co powinno mnie zmotywować do działania.

Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Przecież wiedziałam, że przytyłam. Dwie ciąże w trzy lata, nieprzespane noce, wieczny pośpiech i brak czasu na siebie. Ale usłyszeć to od niego… To bolało bardziej niż cokolwiek innego.

Od tamtej chwili wszystko się zmieniło. Każde spojrzenie Michała wydawało mi się pełne oceny. Każdy jego gest był dla mnie sygnałem odrzucenia. Zaczęłam unikać luster, a kiedy już musiałam spojrzeć na swoje odbicie, widziałam tylko zmęczoną, zaniedbaną kobietę z cieniami pod oczami i rozstępami na brzuchu.

Próbowałam rozmawiać z Michałem. — Wiesz, że nie jest mi łatwo? — zaczęłam pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały. — Czuję się… niewidzialna. Jakbyś mnie już nie kochał.

— Przesadzasz — rzucił krótko i wrócił do przeglądania telefonu. — Po prostu chciałem ci pomóc się zmotywować.

Motywacja? To miała być motywacja? Zamiast tego poczułam się jeszcze bardziej samotna. Zaczęłam obsesyjnie liczyć kalorie, ćwiczyć po nocach, kiedy dzieci spały. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej czułam się przegrana. Michał nie zauważał moich wysiłków. Nie zauważał mnie wcale.

Moja mama powtarzała: „Małżeństwo to kompromis”. Ale czy kompromis oznacza rezygnację z siebie? Czy powinnam była przymykać oko na jego obojętność? Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Pamiętam nasze pierwsze wspólne wakacje nad Bałtykiem, jak śmialiśmy się do łez, jak trzymał mnie za rękę na molo w Sopocie i mówił, że jestem najpiękniejsza na świecie.

Teraz czułam się jak cień tamtej dziewczyny. Dzieci były moim jedynym światłem. Kiedy synek tulił się do mnie rano i szeptał: „Mamusiu, jesteś najfajniejsza”, przez chwilę wierzyłam, że jeszcze mogę być szczęśliwa.

Ale potem wracała rzeczywistość: Michał coraz częściej wracał późno z pracy, coraz mniej rozmawialiśmy. W domu panowała cisza przerywana tylko płaczem dzieci lub dźwiękiem telewizora.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i poszłam do psychologa. — Czuję się niewidzialna — powiedziałam drżącym głosem. — Jakby moje życie przestało należeć do mnie.

— A czego pani pragnie? — zapytała cicho psycholożka.

Zamilkłam. Nie wiedziałam. Chciałam tylko znów poczuć się kochana. Chciałam znów być sobą.

Zaczęłam pisać pamiętnik. Każdego wieczoru zapisywałam swoje myśli, lęki i marzenia. Próbowałam przypomnieć sobie, kim byłam zanim zostałam żoną i matką. Przypomniałam sobie o swoich pasjach: o malowaniu, o bieganiu nad Wisłą, o spotkaniach z przyjaciółkami.

Zadzwoniłam do Magdy, mojej dawnej przyjaciółki ze studiów.

— Anka! Co za niespodzianka! — usłyszałam jej radosny głos.

— Potrzebuję pogadać — powiedziałam szczerze.

Spotkałyśmy się w kawiarni na Powiślu. Magda patrzyła na mnie uważnie.

— Wyglądasz na bardzo zmęczoną… Ale też silną — powiedziała po chwili.

Opowiedziałam jej wszystko: o słowach Michała, o moich kompleksach, o samotności w małżeństwie.

— Wiesz co? — Magda położyła mi rękę na dłoni. — Nie pozwól mu cię złamać. Jesteś wartościowa taka, jaka jesteś. Może czas pomyśleć o sobie?

Te słowa długo we mnie rezonowały. Zaczęłam małe zmiany: zapisałam się na jogę online, zaczęłam czytać książki przed snem zamiast przewijać Instagram. Powoli odzyskiwałam siebie.

Michał zauważył zmianę dopiero wtedy, gdy pewnego wieczoru odmówiłam wspólnego oglądania telewizji.

— Co się z tobą dzieje? — zapytał zirytowany.

— Zaczynam żyć swoim życiem — odpowiedziałam spokojnie.

Nie spodobało mu się to. Zaczął być jeszcze bardziej oschły, czasem wręcz złośliwy. Ale ja już wiedziałam: jeśli nie zawalczę o siebie teraz, to zniknę na zawsze.

Pewnej nocy usiadłam przed lustrem i spojrzałam sobie głęboko w oczy. Zobaczyłam tam ból, ale też siłę. Siłę matki, kobiety i człowieka, który zasługuje na szacunek.

Dziś wiem jedno: nie jestem już tą samą Anką sprzed lat. Może nie jestem idealna według Michała czy społeczeństwa, ale jestem sobą. I to wystarczy.

Czasem zastanawiam się: ile kobiet wokół mnie czuje to samo? Ile z nas boi się powiedzieć „dość”? Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a sobą?

Może właśnie teraz jest czas, by zacząć żyć naprawdę…

Czy wy też kiedyś czuliście się niewidzialni we własnym domu? Co was wtedy uratowało?