Była teściowa żąda połowy pieniędzy ze sprzedaży mieszkania – czy powinnam się poddać? Moja historia walki o własne życie
– Nie rozumiesz, Aniu? To mieszkanie należało do naszej rodziny! – głos pani Zofii, mojej byłej teściowej, rozbrzmiewał w moim salonie jak dzwon. Stała w progu, zaciśnięte pięści, oczy pełne wyrzutu. Przez chwilę miałam wrażenie, że znowu mam dwadzieścia dwa lata i jestem tą niepewną siebie dziewczyną, która boi się podnieść głos przy starszych.
Ale nie. Teraz jestem po trzydziestce, po rozwodzie, z córką na utrzymaniu i kredytem na karku. I właśnie sprzedałam mieszkanie, które kupiliśmy z Markiem – moim byłym mężem – jeszcze zanim wszystko się rozpadło. Mieszkanie, które przez lata było moją twierdzą i więzieniem jednocześnie.
– Pani Zofio, proszę… To nie jest takie proste. Mieszkanie było na mnie i Marka, podzieliliśmy się zgodnie z wyrokiem sądu. Marek dostał swoją część pieniędzy. Ja swoją. To wszystko – próbowałam mówić spokojnie, choć czułam, jak drżą mi ręce.
– Ale to ja dałam wam pieniądze na wkład własny! – krzyknęła. – Gdyby nie ja, nigdy byście tego nie kupili! Teraz mi się należy połowa!
W tej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Przypomniałam sobie tamten dzień sprzed lat: siedzieliśmy przy kuchennym stole w ich mieszkaniu na Pradze, Marek ściskał moją dłoń pod stołem, a pani Zofia z dumą wręczała nam kopertę z pieniędzmi. „Na nowy start” – powiedziała wtedy. „Dla waszej rodziny”.
Nie było żadnej umowy. Żadnych świadków poza nami. Po prostu matczyna pomoc.
– Pani Zofio… – zaczęłam cicho. – To był prezent. Tak pani mówiła…
– Prezent?! – jej śmiech był gorzki. – Teraz wszyscy tak mówią! Ale jak przyszło co do czego, to każdy myśli tylko o sobie!
Czułam, jak narasta we mnie panika. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i uciec. Ale za ścianą spała moja córka, Zosia. Dla niej musiałam być silna.
Po wyjściu pani Zofii usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Telefon zadzwonił po kilku minutach – to była mama.
– Aniu, słyszałam… Zofia była u ciebie? – zapytała bez zbędnych wstępów.
– Tak… Mamo, ona chce połowę pieniędzy ze sprzedaży mieszkania…
– Nie możesz jej dać! To twoje pieniądze! – głos mamy był stanowczy, ale wyczuwałam w nim nutę niepokoju.
– Ale ona naprawdę nam pomogła… Bez niej nie mielibyśmy tego mieszkania…
– Pomogła wam jako matka swojemu synowi! Ty też byłaś jej rodziną! Nie daj się zastraszyć!
Zamknęłam oczy i próbowałam uspokoić oddech. Wiedziałam, że mama ma rację. Ale w głowie kłębiły mi się myśli: co jeśli pani Zofia pójdzie do sądu? Co jeśli zacznie rozpowiadać po rodzinie, że jestem niewdzięczna? Już teraz czułam na sobie spojrzenia ciotek i kuzynów na rodzinnych spotkaniach – „ta rozwódka”, „ta, co zabrała mieszkanie”.
Następnego dnia zadzwonił Marek.
– Anka… Mama mówiła mi o wszystkim. Proszę cię, nie rób jej krzywdy…
– Krzywdy?! Marek, ona chce ode mnie pieniądze, których nie powinna żądać! To ty powinieneś z nią porozmawiać!
– Ona jest po prostu zrozpaczona… Tata odszedł, ja się rozwiodłem… Została sama…
Poczułam złość. Zawsze tak było – to ja miałam być tą rozsądną, tą odpowiedzialną. A Marek? On zawsze umywał ręce.
– Marek, to nie jest moja wina! Ja też straciłam rodzinę! Ja też muszę zacząć od nowa!
Rozłączyłam się i przez chwilę miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę. Ale zamiast tego poszłam do pokoju córki i patrzyłam, jak śpi. Jej spokojny oddech był jedynym, co trzymało mnie przy zdrowych zmysłach.
Przez kolejne dni żyłam jak w zawieszeniu. Pani Zofia przysyłała mi SMS-y: „Oddaj mi to, co moje”; „Nie będziesz szczęśliwa na cudzym nieszczęściu”; „Pamiętaj, karma wraca”. Każda wiadomość bolała coraz bardziej.
W pracy byłam cieniem samej siebie. Koleżanka z biura, Kasia, zauważyła moje rozkojarzenie.
– Anka, co się dzieje? Wyglądasz jakbyś miała zaraz zemdleć…
Opowiedziałam jej wszystko przy kawie w kuchni.
– Słuchaj… Moja kuzynka miała podobną sytuację – powiedziała Kasia. – Teściowa próbowała ją szantażować emocjonalnie po rozwodzie. Ale nie dała się. Ty też nie możesz! To twoje życie!
Niby wiedziałam to wszystko. Ale poczucie winy nie dawało mi spokoju.
Wieczorem zadzwonił tata.
– Aniu… Wiem, że ci ciężko. Ale musisz być twarda. Nie możesz pozwolić innym decydować o twoim życiu. Pamiętaj: masz prawo do szczęścia.
Te słowa dodały mi siły. Następnego dnia napisałam do pani Zofii krótkiego SMS-a: „Pieniądze ze sprzedaży mieszkania zostały podzielone zgodnie z prawem i wyrokiem sądu. Nie zamierzam przekazywać dodatkowych środków”.
Odpisała natychmiast: „Jesteś niewdzięczna! Nigdy ci tego nie wybaczę!”.
Zrobiło mi się przykro. Ale poczułam też ulgę – pierwszy raz od dawna postawiłam granicę.
Minęły tygodnie. Plotki w rodzinie krążyły coraz szerzej: „Anka zabrała wszystko”, „Zofia została z niczym”. Niektórzy przestali się do mnie odzywać. Inni patrzyli z ukosa na rodzinnych spotkaniach.
Ale ja wiedziałam jedno: zrobiłam to dla siebie i dla mojej córki. Musiałam nauczyć się stawiać granice – nawet jeśli oznaczało to konflikt z całą rodziną.
Czasem wieczorami pytam siebie: czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była ustąpić dla świętego spokoju? Ale potem patrzę na Zosię i wiem, że walczyłam o naszą przyszłość.
Czy naprawdę zawsze musimy płacić za cudze oczekiwania? Czy kobieta po rozwodzie ma prawo do własnego życia bez poczucia winy?