„Oddajcie mi oszczędności, a mieszkanie przepiszę na wnuczkę” – historia, która rozdarła naszą rodzinę

– Oddajcie mi oszczędności, a mieszkanie przepiszę na wnuczkę – głos teściowej brzmiał twardo, jakby nie było już miejsca na negocjacje. Stałam w kuchni, ściskając kubek z zimną już herbatą. Mój mąż, Tomek, patrzył na nią z niedowierzaniem, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi. To miała być zwykła niedziela u teściów, a zamieniła się w scenę rodem z rodzinnego dramatu.

Nie tak wyobrażałam sobie powrót do pracy po urlopie macierzyńskim. Zawsze byłam dumna z tego, co robię – pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu na Bielanach. Po narodzinach naszej córeczki Zosi wiedziałam, że chcę wrócić do ludzi, do pomagania innym. Ale pojawił się problem – kto zajmie się Zosią? Przedszkole nie wchodziło w grę, bo była za mała. Niania? Za drogo. Wtedy teściowa, pani Halina, zaproponowała: „Ja się nią zajmę. Przecież jestem na emeryturze”.

Byłam jej wdzięczna. Zawsze wydawała się surowa, ale wiedziałam, że kocha Zosię. Tomek był sceptyczny – „Mama zawsze coś chce w zamian”, powtarzał. Ale nie mieliśmy wyjścia. Przez pół roku wszystko układało się dobrze. Zosia była szczęśliwa, ja wróciłam do pracy, a Halina codziennie przychodziła do nas rano i zostawała do popołudnia.

Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.

– Wiecie, ja już nie mam tyle siły – zaczęła Halina podczas obiadu. – Ale mogłabym jeszcze trochę pomóc… Gdybyście oddali mi te swoje oszczędności z książeczki, to przepiszę mieszkanie na Zosię. Przynajmniej będę miała pewność, że nie zmarnujecie tego wszystkiego.

Zamarliśmy. Nasze oszczędności? To były pieniądze odkładane przez lata – na czarną godzinę, na wakacje, na przyszłość Zosi. Mieszkanie Haliny było warte dużo więcej niż nasze skromne środki. Ale sposób, w jaki to powiedziała… Jakbyśmy byli handlarzami na targu.

– Mamo… – zaczął Tomek ostrożnie – przecież to nasze pieniądze. I twoje mieszkanie…

– Wiem, co robię! – przerwała mu Halina. – Wy nie potraficie myśleć o przyszłości! Ja chcę zabezpieczyć wnuczkę. Ale nie za darmo.

Czułam się upokorzona. Czy naprawdę myślała, że oddamy jej wszystko tylko dlatego, że opiekowała się Zosią? Czy to była zapłata za miłość do wnuczki?

Wieczorem długo rozmawialiśmy z Tomkiem.

– Moja mama zawsze była taka… – westchnął. – Wszystko musi być po jej myśli. Pamiętasz, jak kazała mi oddać połowę wypłaty na remont jej łazienki?

– Ale to jest coś innego – odpowiedziałam cicho. – Tu chodzi o naszą córkę.

Przez kolejne dni atmosfera była napięta. Halina przychodziła do nas z coraz większą pretensją w głosie. „Zastanowiliście się już? Bo ja nie będę wiecznie młoda!”

W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka zauważyła:

– Coś się stało? Wyglądasz jakbyś nie spała całą noc.

– Rodzinne sprawy… – wymamrotałam.

W końcu postanowiliśmy porozmawiać z Haliną szczerze.

– Mamo, nie możemy oddać ci wszystkich oszczędności – powiedział Tomek stanowczo. – To są pieniądze na przyszłość Zosi.

Halina spojrzała na nas z wyrzutem.

– A ja co? Ja się nie liczę? Poświęciłam dla was tyle lat! Teraz nawet nie potraficie mi zaufać?

Zosia zaczęła płakać w swoim pokoju. Poszłam ją uspokoić, ale słyszałam przez drzwi podniesione głosy.

– Ty zawsze tylko bierzesz! Nigdy nie potrafisz dać nic od siebie! – krzyczała Halina.

– To nieprawda! – odpowiedział Tomek drżącym głosem.

Tamtego wieczoru Halina wyszła trzaskając drzwiami. Przez tydzień nie odbierała telefonów. Zosia pytała: „Gdzie babcia?” Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

W końcu przyszło pismo od notariusza – Halina rzeczywiście chciała przepisać mieszkanie na Zosię… ale pod warunkiem przekazania jej naszych oszczędności jako „zadośćuczynienie za opiekę”.

Rozpętało się piekło. Rodzina Tomka podzieliła się na dwa obozy: jedni uważali, że powinniśmy zgodzić się na warunki Haliny („przecież to dla dziecka!”), inni byli oburzeni („jak można żądać pieniędzy od własnych dzieci?”). Moja mama płakała przez telefon:

– Dziecko, nie pozwólcie się szantażować!

Nie spałam po nocach. Tomek zamknął się w sobie. Zosia coraz częściej budziła się z płaczem.

W końcu podjęliśmy decyzję: nie oddamy oszczędności. Wolimy stracić mieszkanie niż godność i spokój ducha.

Halina przestała się z nami kontaktować. Przestała odwiedzać Zosię. W święta wysłała tylko kartkę bez podpisu.

Minął rok. Nadal boli mnie ta historia. Czasem widuję Halinę na bazarze – odwraca wzrok. Zosia pyta o babcię coraz rzadziej.

Często zastanawiam się: czy mogliśmy postąpić inaczej? Czy rodzina naprawdę powinna być ponad wszystko – nawet ponad własne wartości?

Może czasem trzeba coś stracić, żeby zachować siebie? Czy wy też mieliście kiedyś wybór między rodziną a własnym sumieniem?