Całe życie harowałam za granicą dla dzieci. Kupiłam im mieszkanie, a oni nie wpuścili mnie nawet do środka…
— Mamo, nie możesz tu teraz wejść. — Głos Magdy był chłodny, niemal obcy. Stałam na wycieraczce, z walizką w ręku, a za mną szarzało już niebo nad Warszawą. W klatce pachniało kurzem i starym linoleum. Przez chwilę miałam wrażenie, że śnię — że zaraz się obudzę i usłyszę śmiech moich dzieci, które rzucą mi się na szyję, jak dawniej.
Ale to nie był sen. To była rzeczywistość, którą sama sobie zgotowałam. Przez dwadzieścia lat pracowałam jako opiekunka w Niemczech, sprzątaczka w Anglii, kelnerka w Irlandii. Każdą zarobioną złotówkę odkładałam na konto, żeby Magda i Tomek mieli lepsze życie niż ja. Żeby nie musieli się martwić o czynsz, o kredyty, o przyszłość. Kupiłam im mieszkanie — to właśnie to, przed którym teraz stałam — i przez lata wysyłałam pieniądze na studia, na wakacje, na wszystko.
Kiedy wróciłam do Polski, byłam pewna, że czeka mnie dom pełen ciepła. Że dzieci będą wdzięczne, że wreszcie będziemy razem. Ale już od pierwszego dnia coś było nie tak. Magda patrzyła na mnie z dystansem, jakby była zmęczona moją obecnością. Tomek prawie się nie odzywał — zamykał się w swoim pokoju albo wychodził z domu bez słowa.
— Przecież to moje mieszkanie — powiedziałam cicho, próbując nie płakać.
Magda wzruszyła ramionami. — Teraz jest nasze. Ty masz swoje życie. My mamy swoje.
Stałam tam jeszcze chwilę, słysząc za drzwiami ich śmiech i rozmowy. W końcu zeszłam na dół i usiadłam na ławce przed blokiem. Zimny wiatr szarpał mi płaszcz, a ja czułam się jak intruz we własnym życiu.
Pamiętam, jak kiedyś Magda pisała do mnie listy do Niemiec: „Mamo, wracaj szybko! Tęsknię!”. Wysyłała rysunki z serduszkami i kwiatkami. Tomek nagrywał mi wiadomości głosowe: „Mamusiu, kocham cię!”. Te słowa były moją siłą przez wszystkie lata rozłąki.
Ale dzieci dorosły beze mnie. Wychowywała je babcia Zosia, potem Magda sama zaczęła rządzić domem. Ja byłam tylko głosem w telefonie i przelewem na koncie.
— Mamo, nie rozumiesz — powiedziała Magda kilka dni później, kiedy spotkałyśmy się w kawiarni. — My już mamy swoje życie. Ty byłaś daleko tyle lat…
— Ale przecież to wszystko dla was! — głos mi się załamał. — Poświęciłam wszystko…
— Nikt cię o to nie prosił — przerwała mi ostro. — Chciałam mieć mamę przy sobie, a nie pieniądze.
Zamilkłam. Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce.
Tomek nawet nie przyszedł na to spotkanie. Później dowiedziałam się od sąsiadki, że wyjechał do Gdańska z dziewczyną i nie zamierza wracać.
Wróciłam do wynajmowanego pokoju na obrzeżach miasta. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Przypomniały mi się wszystkie samotne święta spędzone w obcych krajach: Wigilia w hostelu w Berlinie, Nowy Rok na lotnisku w Dublinie…
Zawsze powtarzałam sobie: „Jeszcze tylko trochę. Jeszcze rok, dwa… Potem wrócę i wszystko będzie dobrze”.
Ale nic nie było dobrze.
Zaczęły się plotki w rodzinie: „Po co ona wracała? Dzieci jej nie chcą…”. Siostra zadzwoniła raz:
— Haniu, może przesadzasz? Daj im czas.
Ale ile czasu można czekać na własne dzieci?
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie babcia Zosia:
— Haniu, dzieci cię kochają, tylko nie potrafią tego okazać. One mają żal…
— Ale za co? — zapytałam rozpaczliwie.
— Za samotność. Za to, że cię nie było.
Przez kolejne tygodnie próbowałam naprawić relacje. Gotowałam dla nich obiady, zostawiałam pod drzwiami ciasta i słoiki z zupą. Pisałam smsy: „Może pójdziemy razem do kina?”, „Chcecie pojechać nad jezioro?”. Odpowiedzi były krótkie albo żadne.
W końcu przestałam próbować.
Zaczęłam chodzić na spacery po parku Skaryszewskim. Tam spotkałam panią Marię — wdowę po kolejarzu, która też całe życie pracowała za granicą. Siedziałyśmy razem na ławce i rozmawiałyśmy godzinami o tym, jak trudno wrócić do kraju, który już nie jest domem.
— Myślisz czasem o tym, co by było, gdybyś została? — zapytała mnie któregoś dnia Maria.
— Codziennie — odpowiedziałam szczerze.
Czasem widuję Magdę na ulicy z narzeczonym. Mijamy się bez słowa. Czasem Tomek dzwoni z prośbą o pieniądze — wtedy czuję się potrzebna choć przez chwilę.
Ale wiem już jedno: można oddać całe życie dla rodziny i zostać samemu.
Czasem nocami pytam siebie: czy naprawdę warto było poświęcić wszystko dla dzieci? Czy miłość można kupić pieniędzmi?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy da się odbudować rodzinę po tylu latach rozłąki?