Mój mąż, sknera: Czy odważę się wybrać siebie?

— Jasmina, po co ci ta nowa sukienka? Przecież masz już dwie! — głos Marka odbił się echem w ciasnej kuchni, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Stałam przy zlewie, z rękami mokrymi od naczyń, patrząc przez okno na szarą ulicę. Wiosna dopiero się budziła, ale ja czułam się jakby w moim życiu od lat trwała zima.

— To tylko sukienka, Marek. Chciałam poczuć się ładnie… — odpowiedziałam cicho, nie patrząc mu w oczy.

— Ładnie? A rachunki same się zapłacą? — prychnął. — Ty zawsze tylko chcesz i chcesz. Nigdy nie myślisz o tym, ile kosztuje życie.

Wiedziałam, że ta rozmowa nie ma sensu. Zawsze kończyło się tak samo: on liczył każdą złotówkę, a ja liczyłam dni do kolejnej kłótni. Mój mąż był sknerą. Nie takim zwykłym oszczędnym człowiekiem — on był mistrzem w wynajdywaniu powodów, by nie wydać ani grosza więcej niż musiał. Nawet na mnie.

Kiedyś myślałam, że to się zmieni. Że jak zamieszkamy razem, jak będziemy mieli dzieci, to Marek zrozumie, że życie to coś więcej niż tabelki w Excelu i paragony z Biedronki. Ale nasza córka, Zosia, ma już siedem lat i coraz częściej pyta mnie: „Mamo, czemu tata jest taki smutny?”

Nie wiem, co jej odpowiadać. Sama nie rozumiem, kiedy Marek przestał się uśmiechać. Może wtedy, gdy stracił pracę w banku i zaczął pracować na pół etatu w sklepie budowlanym? Może wtedy, gdy jego ojciec zmarł i zostawił mu tylko długi? A może po prostu zawsze taki był, tylko ja byłam zbyt zakochana, żeby to zobaczyć?

Wieczorami leżę w łóżku i słucham jego ciężkiego oddechu. Czasem mam ochotę go obudzić i wykrzyczeć mu w twarz wszystko, co mnie boli: że czuję się niewidzialna, że boję się poprosić o pieniądze na fryzjera czy kino z koleżanką, że marzę o weekendzie nad morzem albo choćby o kawie w kawiarni bez wyrzutów sumienia.

Ale nie mówię nic. Boję się. Boję się jego gniewu, jego milczenia, tej ściany obojętności, którą wokół siebie zbudował.

Moja mama powtarza: „Jasmina, małżeństwo to kompromis. Trzeba umieć zacisnąć zęby.” Ale ile można zaciskać zęby, zanim pękną?

Pamiętam dzień naszych zaręczyn. Marek kupił mi pierścionek za 200 złotych i przez pół roku wypominał mi ten wydatek. Wtedy wydawało mi się to zabawne — „taki już jest”, mówiłam koleżankom. Dziś wiem, że to był pierwszy sygnał.

Zosia przyszła do kuchni z zeszytem do matematyki.

— Mamo, pomożesz mi z zadaniem? — zapytała cicho.

Uśmiechnęłam się do niej smutno.

— Oczywiście, kochanie.

Usiadłyśmy razem przy stole. Zosia liczyła zadania, a ja liczyłam swoje łzy. W głowie miałam jedno pytanie: czy to jest życie, na które zasłużyłam?

W pracy koleżanki śmieją się z moich starych butów i znoszonej kurtki. Udaję, że mnie to nie rusza. Ale boli. Boli mnie też to, że nie mogę zaprosić ich na kawę do domu — Marek nie znosi gości. „To kosztuje”, mówi zawsze.

Czasem myślę o rozwodzie. Ale wtedy pojawia się strach: jak sobie poradzę sama? Czy dam radę utrzymać Zosię? Czy nie będę żałować?

Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy. W przedpokoju usłyszałam rozmowę Marka przez telefon:

— Nie stać mnie na żadne prezenty dla żony — mówił zirytowany do swojej matki. — Jasmina powinna być wdzięczna, że ma dach nad głową.

Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę wejść i zrobić awanturę. Ale zamiast tego wyszłam na balkon i rozpłakałam się jak dziecko.

Wieczorem Marek przyszedł do mnie z rachunkiem za prąd.

— Musisz mniej gotować — rzucił bez emocji. — Prąd drożeje.

— Marek… czy ty mnie jeszcze kochasz? — zapytałam nagle.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Co za pytanie? Przecież jesteśmy rodziną.

Ale ja już wiedziałam: dla niego rodzina to obowiązek, nie miłość.

Zaczęłam odkładać pieniądze do słoika schowanego za książkami Zosi. Po 20 złotych tygodniowo. Marzyłam o tym, żeby pewnego dnia spakować walizkę i po prostu odejść.

Któregoś wieczoru Zosia przytuliła się do mnie mocno.

— Mamo… czy ty jesteś szczęśliwa?

Nie umiałam odpowiedzieć.

W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Markowi:

— Chcę rozwodu.

Najpierw myślałam, że wybuchnie śmiechem albo zacznie krzyczeć. Ale on tylko wzruszył ramionami.

— Rób jak chcesz. Tylko pamiętaj: życie kosztuje.

Spakowałam siebie i Zosię w jedną walizkę. Zamieszkałyśmy u mojej siostry w bloku na Pradze. Było ciasno i głośno, ale pierwszy raz od lat poczułam się wolna.

Dziś pracuję więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie stać mnie na nowe ubrania czy wakacje nad morzem. Ale wiecie co? Każdego ranka patrzę w lustro i widzę kobietę, która odważyła się wybrać siebie.

Czasem pytam siebie: czy rozwód to egoizm? Czy może ratunek? A może jedno i drugie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?