Między pokoleniami: Jak straciłam kontakt z własnym wnukiem
– Babciu, a ty tu jeszcze mieszkasz? – zapytał Staś, patrząc na mnie z powagą, która nie pasowała do jego czteroletnich policzków. Zamarłam z kubkiem herbaty w dłoni. W kuchni pachniało świeżym chlebem, ale w powietrzu wisiała cisza, której nie potrafiłam już przebić.
Jeszcze niedawno Staś biegał do mnie z każdym zadrapaniem, a ja byłam jego całym światem. Teraz, odkąd poszedł do przedszkola i coraz częściej zostaje z nianią, widuję go tylko przelotem. Michał, mój syn, wraca późno z pracy, a jego żona, Kasia, jest wiecznie zmęczona. Ja? Ja jestem tu jak duch – obecna, ale niewidzialna.
– Oczywiście, że tu mieszkam, kochanie – odpowiedziałam cicho. – Przecież codziennie robimy razem kakao.
Staś wzruszył ramionami i wrócił do swoich klocków. Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę stałam się dla niego tylko tą panią od kakao?
Wieczorem usłyszałam przez drzwi rozmowę Michała i Kasi:
– Mama znowu próbowała się wtrącać. Powiedziała Stasiowi, żeby nie jadł tyle słodyczy.
– Michał, ona chce dobrze. Ale czasem mam wrażenie, że nie rozumie, że to już nie jej dom.
Zacisnęłam pięści. To ja ich wychowałam. To ja przez lata dbałam o wszystko – o dom, o obiady, o to, żeby Michał miał czyste ubrania i zadane lekcje. Teraz jestem tylko przeszkodą?
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Wspominałam czasy, gdy Michał był mały. Jak płakał po nocach i tulił się do mnie. Jak obiecywał, że nigdy mnie nie zostawi. A potem dorósł i wszystko się zmieniło.
Rano Staś wybiegł do przedszkola bez pożegnania. Michał nawet na mnie nie spojrzał. Kasia rzuciła tylko:
– Mamo, możesz dziś zrobić zakupy? I nie zapomnij o mleku bez laktozy dla Stasia.
Kiwnęłam głową. Chciałam coś powiedzieć – może zapytać, jak minął im dzień, może zaproponować wspólny obiad – ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
W sklepie spotkałam sąsiadkę, panią Zofię.
– Pani Basiu, jak tam wnuczek? – zapytała z uśmiechem.
– Rośnie jak na drożdżach – odpowiedziałam automatycznie. – Ale chyba już mnie nie potrzebuje.
Pani Zofia pokiwała głową ze zrozumieniem.
– U mnie to samo. Moja wnuczka nawet nie chce ze mną rozmawiać o szkole. Wszystko teraz przez te telefony i internety…
Westchnęłyśmy obie. Kiedy wróciłam do domu, Staś już spał. Michał siedział przy komputerze.
– Michał… – zaczęłam niepewnie.
– Co jest? – rzucił bez odwracania głowy.
– Czy moglibyśmy kiedyś… porozmawiać? Tak jak dawniej?
Spojrzał na mnie z irytacją.
– Mamo, jestem zmęczony. Może jutro?
Ale jutro nigdy nie nadchodziło.
Zaczęłam czuć się coraz bardziej zbędna. Próbowałam angażować się w życie Stasia – czytałam mu bajki, szykowałam ulubione naleśniki, ale on coraz częściej wybierał tablet albo nianię. Michał i Kasia byli wiecznie zajęci. Czułam się jak mebel – potrzebny tylko wtedy, gdy coś trzeba zrobić.
Pewnego dnia Staś wrócił z przedszkola z nowym rysunkiem.
– To jest moja rodzina! – pochwalił się Kasi.
Na obrazku był on sam, mama i tata. Mnie nie było.
Łzy napłynęły mi do oczu. Usiadłam na łóżku i długo patrzyłam w okno. Czy naprawdę stałam się niewidzialna?
Wieczorem zebrałam się na odwagę i podeszłam do Michała.
– Synku… czy ja wam przeszkadzam?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– O co ci chodzi?
– Czuję się tu obco. Staś mnie nie poznaje… Ty ze mną nie rozmawiasz…
– Mamo, przesadzasz. Po prostu mamy dużo na głowie.
– Ale ja też mam uczucia! – wybuchłam nagle. – Całe życie poświęciłam rodzinie! Teraz nawet wnuk mnie nie widzi!
Michał milczał przez chwilę.
– Może powinnaś znaleźć sobie jakieś zajęcie? Klub seniora czy coś…
Poczułam się upokorzona. Czy naprawdę jestem już tylko starą babą do odstawienia?
Przez kolejne dni unikałam wszystkich. Wychodziłam na długie spacery po parku, gdzie nikt mnie nie znał. Patrzyłam na młode mamy z dziećmi i czułam żal – do siebie, do syna, do świata.
W końcu postanowiłam napisać list do Michała:
„Synku,
Nie wiem, kiedy staliśmy się sobie obcy. Tęsknię za tobą i za Stasiem. Chciałabym jeszcze poczuć się potrzebna w tej rodzinie. Proszę, porozmawiaj ze mną. Twoja mama.”
List zostawiłam na stole. Następnego dnia Michał przyszedł do mnie wieczorem.
– Przepraszam, mamo – powiedział cicho. – Nie zauważyłem nawet… Może rzeczywiście za bardzo się oddaliliśmy.
Objął mnie niezgrabnie. Poczułam ulgę i smutek jednocześnie – bo wiedziałam, że czasu już nie cofnę.
Od tamtej pory próbujemy odbudować nasze relacje – powoli, ostrożnie. Staś czasem przychodzi po bajkę albo przytuli się przed snem. Ale wiem już, że nic nie będzie takie jak dawniej.
Czy naprawdę musimy tracić siebie nawzajem przez codzienność? Czy można jeszcze odbudować mosty między pokoleniami zanim będzie za późno?