Między dwiema kobietami: Mój mąż, jego matka i ja – Małżeństwo na krawędzi

– Znowu wychodzisz? – zapytałam, starając się ukryć drżenie w głosie. Stałam w kuchni, opierając się o blat, podczas gdy Paweł nerwowo zakładał kurtkę. Był piątek, godzina siedemnasta, a on już trzeci raz w tym tygodniu wychodził „załatwić coś ważnego”.

– Tak, muszę… muszę coś odebrać od mamy – odpowiedział, unikając mojego wzroku.

Wiedziałam już. Wiedziałam od kilku dni, odkąd przypadkiem zobaczyłam na Messengerze wiadomość od jego matki: „Obiadek czeka! Nie zapomnij o cieście.” Poczułam wtedy, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Przez siedem lat naszego małżeństwa byłam przekonana, że jestem dla Pawła najważniejsza. A teraz? Teraz czułam się jak intruz we własnym domu.

Kiedy Paweł wyszedł, usiadłam przy stole i zaczęłam płakać. Nie byłam z tych kobiet, które łatwo się poddają, ale to bolało. Bolało bardziej niż jakakolwiek kłótnia czy nieporozumienie. Przypomniałam sobie nasze początki – wspólne spacery po Plantach, pierwsze mieszkanie na Ruczaju, śmiech do późna w nocy. Gdzie to wszystko się podziało?

Wieczorem wrócił późno. Pachniał bigosem i domowym ciastem drożdżowym – tym samym, które jego mama piekła na każde święta.

– Byłaś u mamy? – zapytałam cicho.

– Tak… – odpowiedział niepewnie. – Chciała pogadać.

– O czym?

– O niczym ważnym.

Zacisnęłam pięści pod stołem. Kłamstwo. Wiedziałam, że rozmawiają o mnie. Jego mama nigdy mnie nie zaakceptowała. Zawsze powtarzała: „Pawełku, pamiętaj, rodzina jest najważniejsza.” Ale dla niej rodziną byłam tylko ja i on – bez niej.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie teściowa.

– Marto, czy możesz przyjść na chwilę? Musimy porozmawiać.

Nie chciałam iść. Ale poszłam. W jej mieszkaniu pachniało świeżo upieczonym chlebem i lawendą. Siedziała przy stole z filiżanką herbaty.

– Wiesz, Marto… Paweł zawsze był bardzo związany ze mną. Nie chcę się wtrącać, ale widzę, że coś jest nie tak między wami.

– Może dlatego, że spotykacie się za moimi plecami? – wyrzuciłam z siebie.

Spojrzała na mnie chłodno.

– On potrzebuje matki. Ty nie rozumiesz jego potrzeb.

Poczułam, jakby ktoś mnie spoliczkował. Wyszłam stamtąd bez słowa.

Wieczorem wybuchła kłótnia.

– Dlaczego nie możesz postawić granic swojej matce?! – krzyczałam przez łzy.

– Ona jest sama! – bronił się Paweł. – Ty nigdy jej nie lubiłaś!

– Bo ona nigdy nie dała mi szansy! Zawsze byłam tą obcą!

Przez kolejne dni unikaliśmy się w mieszkaniu jak obcy ludzie. Każdy obiad był cichy i pełen napięcia. Zaczęłam mieć koszmary – śniło mi się, że Paweł odchodzi do matki, zostawiając mnie samą w pustym domu.

W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, Ania, zauważyła moje rozkojarzenie.

– Coś się dzieje? – zapytała delikatnie.

Opowiedziałam jej wszystko.

– Musisz z nim szczerze porozmawiać – poradziła. – Albo razem ustalicie granice, albo ona zawsze będzie między wami.

Wieczorem usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.

– Paweł… Ja tak dłużej nie wytrzymam – zaczęłam cicho. – Kocham cię, ale nie chcę być tą trzecią w naszym małżeństwie.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Nie chcę wybierać między tobą a mamą…

– Nie musisz wybierać! Ale musisz postawić granice! To my jesteśmy rodziną!

Milczał długo. W końcu powiedział:

– Spróbuję z nią porozmawiać.

Nie wierzyłam mu do końca. Ale następnego dnia zadzwonił do swojej mamy przy mnie.

– Mamo… Musimy trochę ograniczyć nasze spotkania. Marta jest dla mnie najważniejsza i chcę, żebyśmy byli szczęśliwi razem.

Usłyszałam w słuchawce jej płacz i wyrzuty: „Zmieniasz się przez nią! Zapomnisz o własnej matce!”

Paweł był rozdarty. Przez kilka tygodni żyliśmy jak na bombie zegarowej. Jego mama przestała dzwonić i pisać. Paweł zamknął się w sobie. Ja czułam ulgę i jednocześnie ogromny smutek – bo wiedziałam, że on cierpi.

Pewnego wieczoru przyszedł do mnie do sypialni i usiadł na łóżku.

– Przepraszam cię… Nie wiedziałem, że tak bardzo cię ranię. Ale ona jest moją matką…

Przytuliłam go mocno.

– Wiem. Ale ja też jestem twoją rodziną.

Od tamtej pory zaczęliśmy budować nasze życie od nowa – powoli, ostrożnie, z szacunkiem dla siebie nawzajem i z nowymi granicami wobec jego mamy. Było trudno. Czasem myślę, że nigdy nie będziemy już tacy jak dawniej. Ale może to właśnie jest dorosłość?

Czy można kochać dwie kobiety jednocześnie i nie zranić żadnej? Czy da się uratować małżeństwo bez utraty siebie? Czasem pytam siebie: czy naprawdę można być szczęśliwym między dwiema kobietami?