Mój syn nie będzie gospodarzem: Rodzinny stół, który podzielił nasze życie
– Aniu, a kiedy wreszcie nauczysz się, że to kobieta powinna podać ciasto do stołu? – głos mojej teściowej, pani Haliny, rozbrzmiał w kuchni jak dzwon. Stałam z łyżeczką w ręku, próbując nie rozlać herbaty na obrus, który sama wyprasowałam rano. Mój mąż, Tomek, siedział już przy stole z gazetą, jakby nic się nie stało.
– Mamo, przecież Ania właśnie to robi – próbował załagodzić sytuację, ale jego głos był cichy, niemal nieobecny.
– Nie o to chodzi! – teściowa westchnęła teatralnie. – Kiedyś to kobieta była gospodynią domu. Teraz wszystko na odwrót. Synku, ty nawet nie wiesz, gdzie leży cukiernica!
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata starałam się być dobrą żoną, matką i synową. Godziłam pracę w szkole z domem, gotowałam obiady, odrabiałam z dziećmi lekcje, a wieczorami padałam na kanapę ze zmęczenia. Ale zawsze miałam wrażenie, że dla pani Haliny to za mało.
Tego dnia herbata smakowała goryczą.
Po powrocie do domu nie wytrzymałam:
– Tomek, dlaczego nigdy nie powiesz mamie, żeby przestała mnie pouczać? – zapytałam drżącym głosem.
– Aniu, ona już taka jest. Po co się przejmować? – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc.
– Bo to boli! – wybuchłam. – Bo czuję się jak służąca! Czy naprawdę muszę wszystko robić sama?
Tomek wzruszył ramionami i wrócił do swojego laptopa. Zostawił mnie z tym ciężarem, jak zawsze.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się słowa teściowej i obojętność Tomka. Przypomniałam sobie własną mamę – kobietę cichą i uległą, która nigdy nie sprzeciwiła się ojcu. Przysięgłam sobie wtedy, że ja taka nie będę. Ale czy nie powtarzam tego samego schematu?
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z synem, Jasiem. Miał dziewięć lat i coraz częściej pytał mnie: „Mamo, dlaczego tata nigdy nie pomaga w domu?”
– Jasiu – zaczęłam ostrożnie – każdy w domu powinien mieć swoje obowiązki. Chciałbyś czasem pomóc mi nakryć do stołu?
– Jasne! – ucieszył się. – Ale tata mówił, że to babskie sprawy.
Zabolało mnie to bardziej niż słowa teściowej. Wiedziałam już, że muszę coś zmienić.
Przez kolejne tygodnie próbowałam wprowadzić nowe zasady: wspólne sprzątanie po obiedzie, gotowanie razem z dziećmi, nawet Tomek czasem kroił warzywa do sałatki. Ale za każdym razem, gdy przychodziła pani Halina, wracaliśmy do punktu wyjścia.
Pewnej niedzieli zaprosiłam całą rodzinę na obiad. Chciałam pokazać, że dom to nasza wspólna sprawa. Przy stole panowała napięta atmosfera.
– Jasiu, pomożesz mi podać deser? – zapytałam syna.
– Jasne! – odpowiedział z dumą i zaniósł talerze do salonu.
Teściowa spojrzała na mnie z dezaprobatą:
– Chłopak w kuchni? To już naprawdę przesada!
Tomek spuścił wzrok. Moja córka Zosia zaczęła płakać.
– Mamo, dlaczego babcia jest taka niemiła? – szepnęła mi do ucha.
Wtedy pękłam.
– Pani Halino – powiedziałam stanowczo – bardzo panią szanuję, ale to jest mój dom i moje dzieci. Chcę ich wychować tak, żeby wiedzieli, że każdy ma prawo być sobą i każdy powinien pomagać. Nie chcę, żeby moja córka myślała, że jej miejsce jest tylko przy garach.
W pokoju zapadła cisza. Teściowa zacisnęła usta i wyszła do przedpokoju po płaszcz.
Tomek patrzył na mnie z niedowierzaniem:
– Musiałaś tak ostro?
– Musiałam – odpowiedziałam cicho.
Przez kilka dni panowała między nami chłodna atmosfera. Teściowa przestała dzwonić. Tomek zamknął się w sobie. Dzieci były niespokojne.
Ale po tygodniu Jasiu przyszedł do mnie i powiedział:
– Mamo, jesteś najlepsza na świecie. Fajnie jest robić coś razem.
Zrozumiałam wtedy, że warto było walczyć o swoje przekonania.
Dziś wiem, że tradycja jest ważna, ale jeszcze ważniejsze jest to, żeby każdy czuł się w domu dobrze i był szanowany. Czasem trzeba złamać schematy i powiedzieć „dość”.
Czy naprawdę musimy ciągle udowadniać swoją wartość tylko dlatego, że jesteśmy kobietami? A może czas zacząć wymagać od innych szacunku i wsparcia? Co wy o tym myślicie?