Oddałam wszystko dla dzieci – dziś czuję się jak cień w ich życiu. Czy naprawdę na to zasłużyłam?

– Mamo, przecież mówiłam, że nie mam teraz czasu! – głos Agnieszki odbija się echem w pustym salonie. Siedzę na kanapie, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Słyszę w jej głosie zniecierpliwienie, którego nie potrafię zrozumieć. Przecież chciałam tylko zapytać, czy wpadnie do mnie na obiad w niedzielę.

Cisza po drugiej stronie słuchawki boli bardziej niż jakiekolwiek słowo. Odkładam telefon i patrzę przez okno na szare, listopadowe niebo. Kiedyś moje mieszkanie tętniło życiem – śmiechem dzieci, zapachem pieczonego sernika, rozmowami do późna. Teraz jestem tu sama. I choć to już nie moje mieszkanie, tylko wynajmowany pokój na obrzeżach miasta, wciąż próbuję odnaleźć w nim resztki dawnego ciepła.

Mam na imię Halina, mam 67 lat. Całe życie pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu na Pradze. Mąż zmarł wcześnie – zostałam sama z dwójką dzieci: Agnieszką i Pawłem. Było ciężko, ale nigdy nie narzekałam. Dla nich byłam gotowa zrobić wszystko. Nawet wtedy, gdy musiałam brać nocne dyżury i wracać do domu nad ranem, by przygotować im śniadanie przed szkołą.

Kiedy dorosły, myślałam, że będziemy razem trzymać się blisko. Że będziemy rodziną, która wspiera się nawzajem. Ale życie napisało inny scenariusz.

Pamiętam ten dzień, kiedy Agnieszka przyszła do mnie z Pawłem. Siedzieli przy stole, nerwowo mieszając herbatę. – Mamo, musimy z tobą porozmawiać – zaczęła Agnieszka, unikając mojego wzroku. – Chcielibyśmy… żebyś rozważyła przepisanie mieszkania na nas. Paweł ma dwójkę dzieci, ja z Krzyśkiem też planujemy powiększyć rodzinę…

Zamarłam. Przecież to był mój dom – miejsce, które budowałam cegiełka po cegiełce przez całe życie. Ale widziałam ich oczy pełne nadziei i lęku jednocześnie. Wtedy pomyślałam: „Przecież to dla nich. Dla moich dzieci.”

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, wspominając czasy, gdy Agnieszka przychodziła do mnie z rozbitym kolanem, a Paweł płakał po pierwszej kłótni z kolegą. Zawsze byłam dla nich opoką. Czy teraz mogę odmówić?

Podpisałam akt darowizny miesiąc później. Dzieci były szczęśliwe – Paweł z rodziną wprowadził się do mojego mieszkania, a ja przeniosłam się do małego pokoju u znajomej na Targówku. Mówili: „Mamo, to tylko na chwilę! Jak tylko się urządzimy, będziesz mogła u nas zamieszkać albo znajdziemy ci coś lepszego.” Wierzyłam im.

Minęły trzy lata.

W tym czasie widywałam wnuki rzadziej niż sąsiadkę z naprzeciwka. Agnieszka dzwoniła coraz rzadziej – zawsze zabiegana, zawsze zmęczona. Paweł miał swoje sprawy, a jego żona Marta patrzyła na mnie jak na intruza, gdy wpadałam z ciastem albo prezentami dla dzieci.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i zapytałam Pawła:
– Synku… czy mogłabym czasem przenocować u was? Tak bardzo tęsknię za wnukami.
Spojrzał na mnie zmieszany:
– Mamo… Marta nie czuje się komfortowo… Wiesz, jak jest…

Zrozumiałam wtedy, że nie mam już swojego miejsca.

Czasem spotykam się z innymi kobietami w moim wieku w parku. Opowiadają o wnukach, które przychodzą na niedzielny rosół, o dzieciach dzwoniących codziennie z pytaniem: „Mamo, jak się czujesz?” Słucham ich i czuję ukłucie zazdrości.

Ostatnio zachorowałam – zwykłe przeziębienie przerodziło się w zapalenie płuc. Leżałam sama przez tydzień, bez siły nawet zrobić sobie herbaty. Zadzwoniłam do Agnieszki:
– Córeczko… źle się czuję…
Usłyszałam tylko:
– Mamo, mam teraz ważne spotkanie w pracy! Oddzwonię później.
Nie oddzwoniła.

Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą samotność. Nie tę chwilową ciszę po wyjściu gości czy wieczorną nostalgię. To była samotność przeszywająca do szpiku kości – świadomość, że nie jestem już nikomu potrzebna.

Czasem myślę: może za bardzo ich rozpieściłam? Może powinnam była postawić granice? Ale jak matka może odmówić swoim dzieciom?

Ostatnio spotkałam Pawła przypadkiem w sklepie. Stał przy kasie z Martą i dziećmi.
– O! Mama! – powiedział cicho i odwrócił wzrok.
Marta tylko skinęła głową.
– Może wpadniecie kiedyś na herbatę? – zaproponowałam nieśmiało.
– Zobaczymy… mamy teraz dużo spraw na głowie – odpowiedział Paweł i szybko wyszli ze sklepu.

Wracając do domu, płakałam jak dziecko.

Dziś siedzę przy oknie i patrzę na światła miasta. Zastanawiam się: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę zasłużyłam na to, by stać się cieniem we własnej rodzinie?

Może ktoś z was miał podobnie? Czy naprawdę matczyne poświęcenie zawsze musi kończyć się samotnością?