Wynajęliśmy dom bratu męża: Jak rodzina prawie nas zniszczyła – historia, która boli do dziś

– Anka, nie przesadzaj, przecież to tylko na chwilę – usłyszałam głos męża, gdy po raz kolejny próbowałam mu wytłumaczyć, że nie czuję się dobrze z tym, że jego brat zamieszka w naszym domu. Stałam w kuchni, ściskając filiżankę tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Za oknem padał deszcz, a ja miałam wrażenie, że to niebo płacze razem ze mną.

Wszystko zaczęło się niewinnie. Tomek, brat mojego męża Pawła, zadzwonił do nas późnym wieczorem. – Paweł, muszę się wyprowadzić od Magdy. Nie pytaj dlaczego. Potrzebuję miejsca na kilka miesięcy. – Słyszałam jego głos przez głośnik telefonu. Paweł spojrzał na mnie pytająco. Widziałam w jego oczach prośbę.

Zgodziłam się. Przecież to rodzina. Mieliśmy drugi dom po babci w Ząbkach, który od roku stał pusty. Wydawało się to idealnym rozwiązaniem – my pomożemy Tomkowi, a on zadba o dom.

Pierwsze tygodnie były spokojne. Tomek dziękował nam niemal codziennie, przynosił kwiaty, czasem wpadaliśmy do niego na kawę. Jednak szybko zaczęły pojawiać się drobne rysy na tym obrazku. Sąsiedzi zaczęli dzwonić z pretensjami o hałasy nocą. Ktoś widział obcych ludzi kręcących się po ogrodzie. Zignorowałam to – przecież każdy ma prawo do chwili słabości.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Basia. – Pani Aniu, przepraszam, ale czy państwo wiedzą, co się dzieje w waszym domu? Tam są imprezy co drugi dzień! – Jej głos drżał od emocji.

Zadzwoniłam do Tomka. – Tomek, co się dzieje? – zapytałam spokojnie.
– Anka, nie przesadzaj, przecież nikomu nie przeszkadzam! – odburknął i rozłączył się.

Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że dom płonie albo że ktoś go demoluje. Paweł próbował mnie uspokoić, ale widziałam, że sam zaczyna się niepokoić.

W końcu postanowiliśmy pojechać tam bez zapowiedzi. To, co zobaczyłam, śni mi się do dziś. Brudne ściany, rozbite okna w piwnicy, śmieci na podwórku. W środku czuć było zapach alkoholu i papierosów.

– Tomek! – krzyknął Paweł, wchodząc do salonu.
Tomek siedział na kanapie z dwoma kolegami. Spojrzał na nas z obojętnością.
– O co wam chodzi? To mój dom teraz!

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata starałam się być tą dobrą synową, wspierać rodzinę Pawła nawet wtedy, gdy sama miałam dość. Teraz czułam tylko żal i wściekłość.

– To jest nasz dom i oczekujemy szacunku! – powiedziałam drżącym głosem.
Tomek wzruszył ramionami.
– Jak wam nie pasuje, to mnie wyrzućcie.

Przez kolejne tygodnie próbowaliśmy rozmawiać z Tomkiem po ludzku. Proponowaliśmy pomoc w znalezieniu mieszkania, nawet wsparcie finansowe na start. On jednak coraz bardziej zamykał się w sobie i oddalał od nas.

W końcu podjęliśmy decyzję: musimy wypowiedzieć mu umowę najmu. Paweł długo nie spał po nocach, rozmawiał z matką przez telefon godzinami.
– Jak możesz wyrzucić własnego brata na bruk? – krzyczała teściowa.
– Mamo, on niszczy nasz dom! – odpowiadał Paweł bezsilnie.

Rodzina podzieliła się na dwa obozy. Jedni uważali nas za bezdusznych egoistów, drudzy przyznawali rację nam, ale szeptem, żeby nie narazić się reszcie.

Kiedy wręczyliśmy Tomkowi wypowiedzenie umowy, rzucił klucze na stół i wyszedł bez słowa. Przez kilka dni nie mogliśmy dojść do siebie. W domu panowała cisza jak po burzy.

Zaczęły się plotki i oskarżenia. Ktoś napisał do mnie anonimowego maila: „Nie zasługujesz na rodzinę”. Przestałam odbierać telefony od teściowej. Paweł zamknął się w sobie.

Przez wiele miesięcy sprzątaliśmy dom po Tomku – dosłownie i w przenośni. Zmieniliśmy zamki, odmalowaliśmy ściany, ale rysy pozostały nie tylko na murach.

Dziś minęły już dwa lata od tamtych wydarzeń. Nasze relacje rodzinne nigdy nie wróciły do normy. Czasem spotykamy Tomka na ulicy – przechodzi obok nas jak obcy człowiek.

Często pytam siebie: czy warto było pomagać za wszelką cenę? Czy rodzina naprawdę powinna być ponad wszystkim? Może czasem trzeba postawić granicę – nawet jeśli boli?

A wy? Czy mieliście kiedyś sytuację, w której rodzina wystawiła waszą cierpliwość na próbę? Jak sobie z tym poradziliście?